Na żaden film tego roku tak bardzo nie czekałem. Cóż, chyba w ogóle na żaden nigdy tak nie czekałem, jak na Ostatnią rodzinę. Malarstwo, fotografie czy grafiki Zdzisława Beksińskiego uwielbiam. Felietony i audycje Tomka cenię ogromnie. Beksińscy. Portret podwójny, książkę Magdaleny Grzebałkowskiej (o której między innymi pisałem TUTAJ)  połknąłem natychmiastowo i polecam każdemu. Rzecz jasna, nie zastanawiałem się ani chwili, gdy tylko nadarzyła się okazja, by pójść na przedpremierowy pokaz filmu. Mając świadomość, że historia, którą wzięli na warsztat twórcy jest piekielnie trudna do ukazania, zacisnąłem kciuki i rozsiadłem się w kinowym fotelu.

Film rozpoczyna się sceną z 2005 roku, w której Zdzisław Beksiński (Andrzej Seweryn) opisuje w wywiadzie swoje wizje dotyczące przyszłych możliwości komputerów, mogących realizować najbardziej wyuzdane fantazje erotyczne i fetysze. Błogie marzenia artysty przerywa szara betonowa rzeczywistość warszawskiego Służewia z 1977, w której przyjdzie mieszkać Zofii (Aleksandra Konieczna) i Zdzisławowi Beksińskim wraz z młodym Tomkiem (Dawid Ogrodnik). Ten ostatni, mimo że postanawia nie mieszkać z rodzicami, urządza się w niewielkim mieszkaniu kilka bloków dalej. Z tego też powodu co jakiś czas odwiedza go ojciec lub matka, a on wpada też do nich zwłaszcza, gdy jego lodówka zaświeci pustkami. Jakby tego było mało, w mieszkaniu  mieszkają obie babcie Tomka – obie w już podeszłym wieku.

ostatnia-rodzina-fot-hubert-komerski-3-2

Między dwiema silnymi, lecz całkowicie różnymi, osobowościami swoje miejsce musi odnaleźć Zofia Beksińska. Pomimo tego, że pozornie jej rola zostaje odsunięta na drugi plan, to ona jest pomostem między Zdzisławem a Tomkiem. Jako żona jest pobłażliwa i wyrozumiała dla wielu dziwactw męża, jako matka z anielskim spokojem znosi wybuchy i depresyjne zapędy swojego syna, starając się mimo wszystko rozkochać go w życiu. Przy tak silnych charakterach może wydawać się, że Zosia jest elementem, który  w żaden sposób nie pasuje tej osobliwej układanki. Nic bardziej mylnego, dopiero gdy jej zabraknie, okaże się, że to ona była fundamentem rodziny.

Reżyser podszedł do zadania bardzo konkretnie, bo chronologicznie. Kolejne przeskoki czasowe są odpowiednio sygnalizowane widzowi, co nie irytuje, a wręcz skutecznie ułatwia odbiór. Co więcej, i tu kolejny plus, nie zobaczymy w filmie żadnego z istotnych wydarzeń historycznych na przełomie lat 1977 – 2005. Nie ma wyboru Wojtyły na papieża, Wałęsa nie skacze przez płot, Jaruzelski nie przerywa Teleranka – nic z tych rzeczy. Zdawać by się mogło, że Beksińscy żyją całkowicie odizolowani od otaczającej ich szarej rzeczywistości PRL-u. O gierkowskich realiach warszawskiego blokowiska przypominają tylko szare widoki za oknem, skrzętnie dokumentowane przez Zdzisława, i kolorystycznie zbieżne stroje bohaterów, za które brawa należą się scenografce Jagnie Janickiej i odpowiedzialnej za kostiumy Emilii Czartoryskiej.

szalenstwo-rodziny-beksinskich-1474885335

Jeśli chodzi o aktorstwo, to ręce znów same składają się do oklasków. Trudno nie zakochać się od samego początku w doskonałej kreacji Zdzisława. Od samego początku aż do napisów końcowych trudno oprzeć się wrażeniu, że patrzymy na żywego Beksińskiego. Pomimo faktu, że Andrzej Seweryn wywiązał się ze swojego zadania znakomicie, to pozostawia przed kamerą dużo miejsca dla pozostałych aktorów, co zresztą zostaje przez nich doskonale wykorzystane. Aleksandra Konieczna fantastycznie wciela się w rolę Zosi Beksińskiej doskonale naśladując jej delikatny, spokojny głos i charakterystyczny akcent – w niejednej scenie jej występ absolutnie zachwyca. Bez wątpienia przed najtrudniejszym zadaniem stanął Dawid Ogrodnik. Gestykulację Tomka, charakterystyczny sposób mówienia czy mimikę zapewne niełatwo było ugryźć tak, aby zachować pełną autentyczność odgrywanego bohatera. W kilku momentach aktor dość odważnie szarżuje i niebezpiecznie balansuje na granicy, ale jej nie przekracza. Zadanie postawione przed aktorem było karkołomne, ale Ogrodnik wybronił się celująco – nie ma tu ani jednej fałszywej nuty.

Kwestie techniczne wypadają nad wyraz dobrze. Kamera z kilkoma wyjątkami nie opuszcza mieszkań Tomka i jego rodziców. Operator bardzo często zdaje się naśladować Zdzisława, który z lubością filmował nawet najbardziej błahe wydarzenia w domu Beksińskich. Niejednokrotnie będziemy obserwować rodzinę niemal z ukrycia – zza framug drzwi czy okien. Długie, nieprzerywane ujęcia, w których kamera podąża za bohaterami, znacznie zmniejszają dystans między widzem, a tym co dzieje się na ekranie. Za pomocą doskonałych statycznych master shotów będziemy świadkami intymnych rozmów, co jeszcze bardziej potęguje uczucie pełnego zanurzenia w intymność rodziny Beksińskich. Dzięki tym zabiegom między widzem, a bohaterami powstaje silna więź, która nie pozwala być obojętnym na ich losy.

93tgkoxncs4chwdxrvr72xye1ne

Co tu kryć, historia Beksińskich to bez dwóch zdań doskonała historia na film. Tym bardziej niewybaczalnym byłoby taką historię zmarnować wpadając w pułapki kina biograficznego – nietrudno przeszarżować aktorsko przy tak charakterystycznych bohaterach,  a jeszcze łatwiej utopić fabułę w dłużyznach. Reżyser Jan P. Matuszyński wraz z scenarzystą Robertem Bolesto sprawnie unikają wielu niebezpieczeństw, którymi bardzo łatwo położyć film. Faktycznie, malarstwo Zdzisława nie odgrywa znaczącej roli w filmie, co może nie spodobać się entuzjastom jego twórczości. Stanowią one jednak doskonałe tło dla fabuły, a także zwiastują nadchodzące z każdym kolejnym ujęciem nieuniknione wydarzenia, które nieustannie czuć pod skórą.

Ostatnia rodzina nie jest filmem tylko dla koneserów i pasjonatów. Co więcej, na szczęście nie sili się też na pretensjonalne moralizatorstwo czy wymuszoną ocenę swoich bohaterów. Twórcy nie stawiają Beksińskim pomnika – nie mitologizują ich, a wręcz dokonują zabiegu odwrotnego. Traktują ich historię jako pretekst do powiedzenia czegoś ważnego. Ostatnia rodzina jest przede wszystkim filmem do bólu autentycznym, tutaj nic nie jest brane w nawias. Brzmi to pewnie banalnie, ale jest to film wbrew pozorom tak samo o śmierci jak i o życiu, a raczej o pragnieniu życia i pragnieniu śmierci, a ponad wszystko o pragnieniu miłości. To po prostu trzeba zobaczyć.


„Wskazówki nieubłaganie odmierzają czas, do umownego końca stulecia i tysiąclecia pozostały niespełna trzy tygodnie… […] Za dwa tygodnie mamy święta… A za trzy tygodnie będzie już rok dwutysięczny. Czy zdają sobie Państwo sprawę z tego, że dziś spotykamy się po raz o s t a t n i w latach dziewięćdziesiątych XX stulecia? I w ogóle może to być nasze ostatnie spotkanie, nie wiadomo co się wydarzy…”
Fragment ostatniej audycji Tomka Beksińskiego
  • Ardilla Merigold

    Wczoraj obejrzałam film i po prostu muszę podzielić się wrażeniami z kimś, kto zrozumie moją fascynację 🙂 Do tej pory nie mogę się otrząsnąć z emocji, jakie wywołała we mnie „Ostatnia rodzina” (zresztą nie wiem, czy chcę). Również z niecierpliwością czekałam na premierę od chwil obejrzenia zwiastuna. To, co zobaczyłam, usłyszałam i przeżyłam wczoraj ścięło mnie z nóg. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek jakikolwiek film był w stanie to uczynić. Przez kilkadziesiąt minut czułam się członkiem tej (nie)zwykłej rodziny, to było niesamowite… Jedyne, co mnie zabolało po seansie to dobitna świadomość tego, że takich ludzi jak Beksińscy już nie ma. Nie wiem, co zrobić z ogromem artyzmu, który mi się udzielił. Póki co zapętlam „Night in White Satin” i ronię łezki wzruszenia. Pozdrawiam Cię, Grzesiu 🙂