Niewzruszone totalną klapą filmu Batman v Superman, DC Comics w mariażu z Warner Bros zaprezentowało swój kolejny film będący odpowiedzią na sukcesy Marvela. Suicide Squad intensywnie promowany głównie roześmianą facjatą Jareda Leto zrobił niemały szum wśród miłośników DC Comics już dobry rok temu. Zabiegi marketingowe chwyciły jak głupie – fani się podpalili już pierwszymi zdjęciami nowego Jokera, a pierwsze trailery sprawiły, że film stał się jednym z najbardziej oczekiwanych premier roku. Jednak już po pierwszych przedpremierowych pokazach na kolejne dziecko DC znów spłynęła fala krytyki recenzentów. Czy słusznie?

Muszę przyznać, że też nie mogłem się doczekać tego filmu. Jestem fanem komiksowego uniwersum DC i, przyznam szczerze, cenię je bardziej niż to Marvelowskie. W Suicide Squad pokładałem naprawdę spore nadzieje (w Batman v Superman zresztą też) i liczyłem na to, że w końcu po serii porażek twórcom uda się zamknąć usta nieprzychylnym recenzentom. Przy pierwszej możliwej okazji kupiłem bilet do kina, zasiadłem w fotelu i …

Jest dobrze!

Film zaczyna się naprawdę dobrze! Na samym początku zostają nam przedstawieni przyszli członkowie tytułowego legionu samobójców odsiadujący długie wyroki w więzieniach. Twórcy idą niestety trochę na łatwiznę i robią to przy użyciu łopatologicznych retrospekcji – wypada to jednak bardzo przyzwoicie. Godne pochwały są zwłaszcza historie Deadshota (Will Smith) oraz Harley Quinn (Margot Robbie). Twórcy potraktowali je z dużo większą starannością w porównaniu z innymi bohaterami, którzy niestety tego szczęścia nie mieli. O pozostałych członkach legionu dowiadujemy się mało lub nie dowiadujemy się niczego.

Gdy tylko zapoznamy się z bohaterami, zaczyna klarować się fabuła i pojawiają się pierwsze poważniejsze zgrzyty. Jak się okazuje, jest ona wyjątkowo nieskomplikowana. Oto świat znów staje na skraju zagłady – tym razem z powodu gniewu pradawnych bóstw. Twórcy nie silą się na pogłębianie tła fabularnego, ani na bardziej wylewne uzasadnienie motywacji wspomnianych bogów – chcą zniszczyć świat i tyle – taki mają widocznie kaprys. Niestety, o ile głębokiej i wielowarstwowej fabuły Legionu samobójców pewnie nie oczekiwano, to tak płaskich i nijakich czarnych charakterów w filmie z pewnością nie spodziewał się nikt, bo…

Filmy oparte na komiksach zawsze są tak dobre jak ich główny złoczyńca

Jest to prawda tak oczywista, że nawet nie trzeba jej udowadniać, ale gwoli ścisłości, proszę bardzo. Takie filmy jak Mroczny rycerz (2008), Powrót Batmana (1992), Historia przemocy (2005), Sin City (2005) bez wątpienia nie odniosłyby takiego sukcesu, gdyby nie doskonale rozpisani i przemyślani już na poziomie scenariusza przeciwnicy, których później doskonale zagrali odpowiednio dobrani aktorzy. Prawdopodobnie z całkowicie przeciwnego założenia wyszli twórcy filmu, bo duet stający do walki z legionem samobójców jest do reszty skopany. Sceny, które ukazują nam knowania wroga tak naprawdę nikogo nie interesują, bo też nie do końca wiadomo, o co im tak naprawdę chodzi.

Co więcej, zła Enchantress (bo tak nazywa się żeńska połowa duetu) włada mocą przemieniania bezbronnych ludzi w bezkształtną dżemopodobną (serio!) masę, która ma nieść śmierć naszym bohaterom. Ja rozumiem, że hajs się musi zgadzać i po ekranie nie może bryzgać krew i flaki, bo jakoś w tym zasranym PG-13 trzeba się zmieścić, ale … LITOŚCI. To właśnie oni stają na drodze Harley i spółce, to ich legion eliminuje w hurtowych ilościach (zresztą bez większych problemów) przez 90% filmu! Czy naprawdę nie można było wymyślić czegoś lepszego od śmiercionośnych żołnierzy ulepionych z powideł?! Większy strach i niepokój budzili nawet kitowcy w Power Rangers!

Legion samobójców to niestety film bardzo nierówny, także pod względem aktorstwa. Prym wiodą tu Will Smith oraz Margot Robbie, którzy zaliczyli naprawdę dobre występy i ciągną film z mozołem. Prawdopodobnie jest to też zasługa łaskawości twórców, którzy dali im się dość obszernie zaprezentować. Ci dwaj aktorzy na zmianę zaliczają co jakiś czas bardzo dobre momenty, choć bez sucharów rodem z Familiady też się nie obyło. Scenariusz niestety nie dał się rozwinąć pozostałym aktorom – Killer Croc praktycznie w filmie nie istnieje, Katana również mogłaby zniknąć ze scenariusza bez najmniejszej straty dla historii, Slipknot jest postacią już kompletnie od czapy. Totalnie nie rozumiem po co pakować do ekipy aż tylu nieistotnych bohaterów, skoro fabuła nie poświęca im najmniejszej uwagi.

A właśnie! Joker!

Prawie zapomniałem o Jokerze, którego tak usilnie wciskano we wszystkie materiały promocyjne i zdawać by się mogło, że będziemy go oglądać przez cały film. Otóż nie – ci którzy pójdą do kina „na Jokera” czeka niemała niespodzianka! Pojawia się on łącznie może przez 5 minut filmu! Co więcej, Joker w wykonaniu Leto to ćpun ze srebrnymi zębami i tatuażami żywcem z ruskiej kolonii karnej, na dodatek bardzo marnie zagrany. Trzeba przyznać, że w porównaniu z tymi odgrywanymi przez Heatha Ledgera, Jacka Nicholsona czy Cesara Romero, Joker w wykonaniu Leto wypada po prostu bardzo blado. Jak na aktora niedawno chwalonego za doskonały method acting w Dallas Buyers Club, ten występ to totalna klapa. Tyle o Jokerze – trzecioplanowa postać w filmie, praktycznie niemająca żadnego wpływu na fabułę.

I po Jokerze.

Płynności fabuły bynajmniej nie nadaje paskudny montaż. Serio, nie mam pojęcia jak można było to aż tak spartaczyć. Dobre sceny urywają się w bezsensownych momentach, niezdarne dokrętki zauważy nawet niewprawne oko niedzielnego widza, a na dodatek części scen, które tak zachwyciły fanów w trailerach, w filmie w ogóle nie zobaczymy! Specjaliści od CGI niestety też nie popisali się swoimi umiejętnościami. Efekty, zwłaszcza te ukazujące arcymoce naszych antagonistów, są bardzo często mocno tandetne, co jeszcze bardziej ich ośmiesza.

14

Wybór Davida Ayera na reżysera tego filmu wydawał się pomysłem doskonałym. Jako osoba, bardzo mocno osadzony w kinie akcji (Szybcy i wściekli, S.W.A.T., Furia) wydawał się być w końcu odpowiednią osobą w fotelu reżysera po porażce Zacka Snydera z Batman v Superman. Tajemnicą poliszynela jest to, że wersja reżyserska podobno bardzo różni się od tej, która finalnie trafiła do kin. Zresztą widać gołym okiem, że przy filmie ktoś bardzo mocno majstrował. Wydaje mi się, że grabarzem tego filmu nie jest sam Ayer, a ci, którzy dorwali się do filmu już po jego nakręceniu.

Twórcy starają się dostarczyć także w postaci bogatego soundtracku. O ile na początku słucha się tego dość miło, to po pewnym czasie zaczyna to dość mocno irytować, bo film zaczyna przypominać ponad dwugodzinne zestawienie listy przebojów. I tak na samym początku zaczynamy piosenką „House of the Rising Sun” Animalsów, gdy na ekranie pojawia Viola Davis otrzymujemy „Sympathy for the Devil” Stonesów, oglądanie uroczej Margot Robbie uprzyjemnia nam „You Don’t Owe Me” Grace, a przy scenie z Killer Crokiem posłuchamy „Fortunate Son” CCR. Przyjdzie czas także na Bohemian Rhapsody obecne w doskonałym trailerze.

Podsumowując

Fakt, film dostarcza sporo rozrywki. Miło patrzy się na swoich ulubionych bohaterów komiksowych w wersjach aktorskich. Zwłaszcza Harley Quinn w wykonaniu Margot Robbie z całą pewnością zasłużyła na swój własny film, przybliżający tę postać jeszcze bardziej. Podejrzewam, że Deadshot w wykonaniu Willa Smitha też doczeka się swojego spin-offu, bo bez wątpienia ta postać też ma niemały potencjał. Suicide Squad jako pomysł też wciąż nie jest spalone i myślę, że z tej konwencji można by jeszcze sporo wyciągnąć. Sama zmiana głównego przeciwnika na kogoś, kto chociaż trochę obchodzi widza podniosłaby końcową ocenę tego filmu o co najmniej dwie gwiazdki. Póki co Legion samobójców przedłuża pasmo porażek o kolejny film będący straconą szansą na zrobienie czegoś, co w końcu zachwyci fanów.

Póki co, z ogromnym bólem serca:

filmweb