Zanim obejrzałem 50 twarzy Greya, które zmobilizowały mnie do napisania 5 powodów, dla których nie warto iść do kina na 50 twarzy Greya poszedłem do kina na inny film – Kingsman: Tajne służby. Wiedziałem o nim tyle co nic. Wychodząc z seansu z wielkim uśmiechem na twarzy przypomniały mi się słowa z Alicji w Krainie Czarów, które dziewczynka wypowiada do Szalonego Kapelusznika. Cytat pasuje do filmu jak ulał, bo dokładnie to samo można by powiedzieć do każdego, kto przyłożył rękę do tego filmu: „Odbiło ci, zbzikowałeś, dostałeś fioła. Ale coś ci powiem w sekrecie. Tylko wariaci są coś warci.”

Matthew Vaughn, reżyser znany już między innymi z pierwszej części Kick-Ass i prequela X-Menów, po raz kolejny bierze na warsztat komiks. Tym razem padło na serię szpiegowską pod tytułem Secret Service autorstwa Marka Millara i Dave’a Gibbonsa – słynnych brytyjskich autorów DC i Marvela. Twórcy filmu nie idą na łatwiznę – nie przystępują do całościowej zrzynki fabuły z pierwowzoru pisząc scenariusz w dużej mierze na nowo. Wychodzi z tego totalnie szalona historia o tajemniczych brytyjskich służbach specjalnych o nazwie Kingsman, których siły zostają osłabione w wyniku śmierci dwóch doświadczonych agentów.

Zadanie zwerbowania nowych szpiegów zostaje powierzone między innymi Harry’emu Hartowi (Colin Firth) znanemu pod pseudonimem Galahad (odniesienia do Rycerzy Okrągłego Stołu będą się pojawiały niejednokrotnie). Rekrutacja nowych kandydatów okazuje się jednak bułką z masłem w porównaniu z zagrożeniem, przed którym staną bohaterowie filmu. Okazuje się, że ludzkość znów stanęła na skraju zagłady, a wszystkiemu winny jest Richmond Valentine (Samuel L. Jackson) – filantrop, miliarder i geniusz informatyczny. Przy użyciu wyprodukowanych przez swoją potężną korporację specjalnie zaprogramowanych kart SIM zamierza przejąć kontrolę nad całym światem, zostawiając przy życiu jedynie garstkę najbardziej wpływowych ludzi na całym świecie. Do Kingsman trafia sprawiający niemałe problemy żółtodziób o pseudonimie Eggsy (Taron Egerton),  Valentine rośnie w siłę, a zegar tyka.

kingggPistolet z tłumikiem w prawej ręce, a szklaneczka whisky w lewej. Agent Lancelot jeszcze nie wie, że to jego ostatnia szklaneczka whisky. (w rogu Mark Hamill, czyli słynny Luke Skywalker!)

Tak mniej więcej zarysowuje się fabuła filmu, który okazał się jednym z największych zaskoczeń tego sezonu. Colin Firth, który nie przyzwyczaił widzów do ról tego pokroju, jest absolutnym strzałem w dziesiątkę. W jednej scenie opowiada swojemu podopiecznemu o klasycznym obuwiu, które jest nieodłącznym elementem garderoby każdego brytyjskiego dżentelmena, by w kolejnej bezlitośnie prać po gębach tych, którzy stają mu na drodze. Kilka scen w filmie to prawdziwe solówki Firtha, które po prostu trzeba zobaczyć – akcja w pubie, gdy kilku osiłków nie pozwala mu dopić Guinnessa lub rzeźnia w kościele to prawdziwy aktorski majstersztyk.

Pochwały dla aktorów nie kończą się na samym Colinie. Samuel L. Jackson w roli Valentine’a to kolejna rola, która zasługuje na dzikie owacje. Kreuje on postać będącą cudownie pokręconą hybrydą Marka Zuckerberga i Steve’a Jobsa ubierającego się jak Russell Simmons i mającego wadę wymowy żywcem wziętą od Mike’a Tysona. Sam fakt, że wybornie broni tak przedziwnej roli zasługuje na aplauz. Taron Egerton grający Eggsy’ego, po raz pierwszy obsadzony w roli głównej, zalicza naprawdę świetny występ i nie daje się przyćmić przez wielkie nazwiska. Mark Strong w roli Merlina również daje z siebie wszystko i pomimo niewielkiego pola do popisu wypada bardzo przyzwoicie, a Michael Caine jako Arthur to prawdziwa wisienka na tym i tak już smakowitym torcie.

Lekcja manier od agenta Galahada to prawdziwy balsam dla oczu. „Manners maketh man”, cytuje oksfordzkie motto i od razu przechodzi od słów do czynów.

Muzyka w filmie to kolejny atut Kingsman, który rzuca się w oczy już od sekwencji otwierającej, gdzie Dire Straits akompaniuje akcji brytyjskich służb specjalnych na Bliskim Wschodzie swoim słynnym riffem z Money For Nothing. Trudno zapomnieć też sceny, w której przygrywa Free Bird Lynyrd Skynyrd albo Give It Up KC & The Sunshine. Muzyka oryginalna autorstwa Henry’ego Jackmana to też kawał dobrej roboty i słucha się tego bardzo przyjemnie.

Twórcy Kingsman ani na chwilę nie starają się być poważni. W swoim szaleństwie są do bólu konsekwentni i jest wielkim atutem filmu. Nawet gdy przez moment wydaje się, że film choć trochę uderza w poważniejszą nutę, to już po chwili na ekranie dzieją się rzeczy tak absurdalne, że ciężko uwierzyć w to, że film cały czas doskonale bawi i wszystko w nim doskonale się zazębia.  Nie brak tu odniesień do starych filmów o Jamesie Bondzie, mrugnięć okiem do fanów Tarantina, a także smaczków, które docenią z pewnością miłośnicy brytyjskiej kultury. Kingsman, jako dziwne połączenie klasycznego kina szpiegowskiego i Facetów w czerni, powinien być totalną klapą, a okazuje się świetną rozrywką i olbrzymim zaskoczeniem. Tak chore przedsięwzięcie mogło ujść na sucho tylko wariatom. W końcu „tylko wariaci są coś warci”.