Nigdy nie byłem wielkim fanem filmów o wściekłym Maksie. Pierwsza część to po prostu trącące amatorszczyzną filmidełko ze słabą muzyką, biednym aktorstwem i bezbarwnym klimatem. Gdyby nie drugie podejście George’a Millera do tego pomysłu, Mad Max pewnie przepadłby w zapomnienie. Tak naprawdę to „dwójka” uczyniła tę serię kultową – zdefiniowała niepowtarzalny post-apokaliptyczny klimat i świat, w którym przyszło żyć Rockatansky’emu.

W Wojowniku szos dostaliśmy wszystko to, czego próżno było szukać w „jedynce” – steampunkową atmosferę, wyraźne tło fabularne i niezwalniającą wartką akcję. Gwoździem do trumny Mad Maxów okazała się jednak część trzecia, Pod Kopułą Gromu. Hollywood z krwawej i dzikiej historii o wściekłym Maksie zrobiło nieomal kino familijne, marnując całkowicie potencjał serii. Resztki klimatu wciąż było czuć, wprawną rękę Millera także, ale to niestety już nie było to samo.

background-info-on-the-insane-fire-breathing-guitar-guy-in-mad-max-fury-roadZamiast recenzji wystarczyłby w sumie ten kadr.

Po trzech częściach motyw post-apokaliptycznego świata w australijskim sosie zdawał się być już wyeksploatowany. Po ’85 roku George Miller nakręcił jeszcze między innymi Czarownice z Eastwick (przed totalną klapą film uratowała jedynie świetna rola Nicholsona) i bardzo przeciętny Olej Lorenza. W drugiej połowie lat ’90 kariera reżysera Mad Maxów zboczyła na tory, które były prostą, jednokierunkową drogą ku zapomnieniu – filmy takie jak Babe czy obie części Happy Feet: Tupot małych stóp nie zapowiadały, że Miller jeszcze kiedykolwiek wróci do swoich korzeni.

Przyznam szczerze, że na nowego Mad Maxa poszedłem do kina z chęcią zjechania go w recenzji, nie spodziewając się po Na drodze gniewu niczego dobrego. Hasło „To film, który musisz zobaczyć”, atakujące mnie w telewizji na każdym kanale, było prognostykiem, który zdawał się potwierdzać moje podejrzenia o zbliżającej się porażce. Miałem graniczące z pewnością przeczucia, że Miller nie ma szans na reanimację tej serii, że to jedynie chwila zapomnienia dla reżysera filmów o świnkach i pingwinach. Jak bardzo się myliłem…

Immortan-JoeJak widać na załączonym obrazku, Wieczny Joe to nie jakaś tam Tina Turner.

Nowy Mad Max to kontynuacja starego sprawdzonego schematu, bo w gruncie rzeczy fabuła jest prosta jak drut. W pustynnym, nieznośnym świecie po katastrofie nuklearnej cywilizacja, jaką znamy dziś, jest już tylko wspomnieniem, natomiast to, co powstaje na jej zgliszczach, to twór despotyczny, bezduszny i szalony. Niepodzielną i brutalną władzę nad ludźmi sprawuje Wieczny Joe – długowłosy jegomość kryjący swoje pokaleczone ciało za dziwacznym przezroczystym pancerzem i niemniej dziwaczną maską. Dysponuje on sporą armią oddanych żołnierzy nazywanych Trepami, którzy poprzez walkę i służbę Joemu dążą do zbawienia poprzez przekroczenie bram Valhalli (skojarzenie z nordycką mitologią jest nieprzypadkowe).

Widz, wraz z Maxem Rockatanskym, już od pierwszych minut filmu wpada w samo epicentrum akcji. Główny bohater zostaje pojmany przez Trepów i, w wyniku fabularnych zawirowań, przez pewien czas w filmie pełni rolę zderzaka i czegoś w rodzaju kroplówki (to po prostu trzeba zobaczyć!). Jak się okazuje, chcąc nie chcąc bierze udział w pościgu za uciekinierką, która z krainy Wielkiego Joego porywa cysternę z drogocennym ładunkiem. Rebeliantką okazuje się Cesarzowa Furiosa, która postanawia sprzeciwić się despotycznym rządom zamaskowanego okrutnika. Ciężarówka wraz z bezcenną dla niego zawartością oddala się w nieznane, Joe wraz ze swoimi podwładnymi rusza w szaleńczy pościg, a biedny Max, przytroczony do jednego z goniących ją samochodów, biernie uczestniczy w tym huraganie akcji jako pasażer na gapę. Do czasu…

maxresdefault2Max w roli pasażera na gapę. [zdjęcie poglądowe]

Miller wraca do swojego świata silników V8 w stylu, którego absolutnie się nie spodziewałem. Bierze z wszystkich poprzednich Mad Maxów wszystko, co najlepsze i robi z tego po prostu film kompletny. Do świata, który znamy z poprzednich części, dodaje elementy mitologiczne i religijne (scena ze stosem kierownic – majstersztyk!). Postanawia nie „rozgadywać” się na temat przedziwnej krainy, w której rozgrywa się akcja, ale po prostu ją pokazuje w całej jej niepowtarzalności, szaleństwie i brutalności. To obrazem, a nie dialogiem, George Miller w kilku scenach rysuje uniwersum serii, uzupełniając niekompletna wizję z poprzednich części. Widz tego świata nie ma rozumieć, nie dostaje od twórcy żadnej „instrukcji obsługi” Mad Maxa, bo trafia od razu w sam jego środek, gdzie nie ma już czasu na tłumaczenie czegokolwiek.

Bohaterowie filmu są wyraziści jak nigdy dotąd i dotyczy to nie tylko pierwszego planu, ale także dalszych. Miller nie duplikuje, nie zapełnia ekranu metodą kopiuj-wklej. Każdy z bohaterów filmu to indywiduum, za którym kryje się osobna historia, której możemy się jedynie domyślać, bo znów w pędzącej w zawrotnym tempie akcji nie ma czasu na jakiekolwiek wytłumaczenia i retrospekcje. Nigdy nie dowiemy się na na przykład dlaczego Furiosa nie ma ręki, Trepy przed samobójczą akcją psiukają sobie na zęby srebrnym sprayem, nie dowiemy się także jaką rolę w pościgu odgrywa dziwaczny gitarzysta (na zdjęciu wyżej). I bardzo dobrze!

Mad-Max_Fury-Road_Poster3_2015Miller widocznie doszedł do wniosku, że ręka Furiosy jest kwestią drugorzędną.

Nie dość, że reżyser nie znajduje czasu na jakiekolwiek wyjaśnienia, to wszyscy aktorzy, jakby w zmowie z nim, również są bardzo oszczędni w słowach. Bohaterowie nowego Mad Maxa wymieniają ze sobą spojrzenia, porozumiewają się mimiką twarzy, ale dialogi zostają odsunięte na drugi plan. I tu do gry wchodzi kolejny niebywały atut filmu – doskonałe aktorstwo. Tom Hardy, który z maską na twarzy sprawdził się już jako Bane w Mrocznym rycerzu, tutaj też celująco zdaje egzamin, a jego repertuar chrząknięć i prychnięć (bo, w gruncie rzeczy, to jedyne odgłosy, jakie z siebie wydaje) jest wyjątkowo pokaźny. W roli umazanej smarem, jednorękiej Furiosy świetnie sprawdza się Charlize Theron, która, idąc śladami swojego kolegi z planu, również nie rozgaduje się za wiele, a mimo to zalicza prawdopodobnie jeden z najlepszych występów w swojej karierze. Na osobną wzmiankę zasługuje zaskakująco dobra kreacja Nicholasa Houlta w roli Nuxa – jednego z Trepów. Cytat padający z jego ust: „Oh, what a day! What a lovely day!” na dobrą sprawę już można uznać za kultowy. Kto nie widział lub nie pamięta, może się rozkoszować dziesięciominutowym zapętleniem poniżej. <3

Pomimo faktu, że od Pod kopułą gromu minęło 30 lat, to widać, że w czasie między kręceniem bajek o pingwinach i świnkach w George’u Millerze najwidoczniej dojrzewała koncepcja, którą dopiero teraz postanowił zrealizować. Trudno nie zauważyć, że nowy Mad Max to wizja przemyślana, spójna, dojrzała i, co najważniejsze, doskonale zrealizowania. Na drodze gniewu zgrabnie omija wszystkie pułapki, w których utknęły poprzednie części serii. Pomimo ogromnego rozmachu produkcji, oglądamy w większości kadry nietknięte komputerowymi efektami specjalnymi – nie ma tu hollywoodzkiej cukierkowości, którą skażony był film z ’85 roku. Uniwersum Mad Maxa, mimo że w praktycznie niezmienionej formie, dzięki kilku sprawnym zabiegom, jest bliższe widzowi i bardziej zrozumiałe.

Mimo, że prawdopodobnie narażę się fanom, to mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że w porównaniu ze swoimi poprzednikami, Na drodze gniewu to najlepsza część serii. Chociaż pod tym przepysznym opakowaniem, składającym się z niekończących się eksplozji, świetnie zrealizowanych scen walki i pościgów, kryje się niewiele, to nie podlega wątpliwości, że ten film dostarcza widzowi tego, czego trzeba. Po wyjściu z sali kinowej czujesz się jak po jedynej w swoim rodzaju, niesamowitej przejażdżce na rollercoasterze i właśnie dlatego warto pobiec na ten film do kina. Dawka wrażeń, jaką oferuje w nim George Miller jest olbrzymia, co z całą pewnością czyni nowego Mad Maxa jednym z najlepszych filmów tego roku, a w swojej post-apokaliptycznej lidze praktycznie nie ma sobie równych.

  • Marek K

    Wczoraj bylem w kinie na Mad Maxie. Po wyjsciu czulem sie jakbym lecial F16. Wciska w fotel. Dzieki za polecenie filmu.