Po dłuższej nieobecności, niczym feniks z popiołów, powracam, żeby was przestrzec. Chyba potraficie sobie wyobrazić, że impuls musiał być niemały, skoro nie skłonił mnie do pisania Cronenberg z dobrymi Mapami Gwiazd ani bardzo dobry i niesamowicie ciekawy Snowpiercer, który z resztą bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Mimo, że bardzo chciałem napisać też o najnowszym filmie Finchera, Zaginionej dziewczynie, jakoś nie było mi z blogiem po drodze. Już zabierałem się za notki o niezbyt interesującej Furii Ayera, świetnej roli Gyllenhaala w Nocnym strzelcu, rozczarowaniu Początkiem i rolą Michaela Pitta, a także o totalnym zachwycie Whiplashem, a mimo wszystko nic z tego nie wyszło. Chciałem napisać bardzo dużo – nie udało się. Obejrzałem 50 twarzy Greya i od razu dorwałem się do klawiatury. Nie nastawiałem się na nic konkretnego – nie lubię się nastawiać. A tu takie kino! Taka energia!

Nie owijajmy w bawełnę, oto pięć powodów dla których lepiej trzymać się od tego filmu z daleka:

1. Dialogi

Nie bez powodu dialogi znalazły się na pierwszym miejscu – one po prostu robią ten film, a nad listami 50 twarzy dialogowymi  można wprost pękać ze śmiechu. Trudno powiedzieć, czy to z powodu ciężkiej pracy scenarzysty, żeby zrobić coś z niczego czy może jeszcze cięższej pracy aktorów, żeby jakoś te pierdołowate kwestie zrealizować na w miarę sensownym poziomie. Cóż, wyszło raz prześmiesznie, raz żałośnie – przez co jeszcze śmieszniej. Poniżej trzy przykłady:

Anastasia: Będziemy się kochać?
Grey: Po pierwsze ja się nie kocham. Ja się pieprzę… ostro.

Anastasia: Przecież ona jest pedofilką?
Grey: Wiem, ufam jej.

Grey: Anastasia!
Anastasia: Christian!

2. Aktorstwo

Konia z rzędem temu, kto powie według jakiego chorego klucza zostali wybrani aktorzy do ról w tym filmie. Dakota Johnson z każdym kolejnym występem utwierdza mnie w przekonaniu, że w kwestii umiejętności aktorskich wdała się całkowicie w swoich rodziców – Melanie Griffith i Dona Johnsona. Jej występ to niestety himalaje sztywniactwa – dla niej już chyba nie ma ratunku, a rolę w 50 twarzach można włożyć między występy w Chłopakach do wzięcia czy Ben i Kate. Nieco lepiej wypada Jamie Dornan, który wprost musi walczyć z własną rolą. Postać Greya jest idealnym przykładem tego, jak nie rozpisywać bohaterów w scenariuszu – Christian, który powinien grać tu pierwsze skrzypce i zawładnąć widzem, jest totalnie nijaki. Scenariusz zniszczył głównego bohatera i sam fakt podjęcia się tak paskudnej roli skłania mnie do odpuszczenia Dornanowi.

3. Nuuuuuuda

Tego się po tym filmie najmniej spodziewałem. Ekranizacja bestsellera, którego fabuła porwała czytelniczki (czytelników?) na całym świecie i odciągnęła kury domowe od zlewozmywaków do tego stopnia, że zaczytywały się z wypiekami na twarzy w historii z pejczami, kajdankami i korkami analnymi w tle jest najzwyczajniej w świecie nudna. O ile w pierwszej części filmu co nieco się dzieje, to w drugiej próżno szukać jakiejkolwiek akcji. Film tonie za to w nawałach powtórzeń, piętrzących się dialogach o niewiadomo-czym i bzdurnych dylematach bohaterów, które nijak się mają do jakiejkolwiek logiki. Bohaterowie z poważnymi minami omawiają momentami takie bzdety, że słuchanie tego jest gorsze niż najgorsza tortura w pokoju zabaw pana Greya. Nuda do kwadratu.

4. Gdzie ci mężczyźni prawdziwi tacy?

Nie wiem jak to wyglądało w książce, ale tytułowy bohater, pretendujący do bycia raczej samcem alfa o brutalnym i bezdusznym usposobieniu, w co drugiej scenie przypomina bardziej użalającego się nad sobą emo nastolatka. O swojej brutalnej naturze i tajemniczym pokoju zabaw, który wygląda jak komnata średniowiecznych tortur, jest masa gadania, ale niewiele z tego wynika. Cóż, tak naprawdę Grey swojej brutalnej twarzy w ogóle w filmie nie ujawnia, bo gdy w końcu dobiera się do wybranki, zapowiadana przez niego jatka ogranicza się do choćby głaskania Anastasii pawim piórem po brzuszku (SIC!). To co miało robić ten film okazuje się zwykłym melodramatycznym bełkotem, którego przełknąć nie sposób. Tak więc, z tytułowych pięćdziesięciu poznajemy tylko jedną twarz Christiana Greya – twarz ciapowatego chłopka, który sam nie do końca wie czego chce. Aż chciałoby się zacytować klasyka: „Z twarzy podobny zupełnie do nikogo”. Aż nie mogę się doczekać kolejnych części!

5. Co to?

Podstawowym problemem z 50 twarzami Greya jest to, że tak naprawdę nie do końca wiadomo czym ten film chce być. Nie sprawdza się on w roli melodramatu – bo jakikolwiek wątek miłosny niezbyt tu funkcjonuje, a fabuła stoi w miejscu i ani śni poruszyć się o krok przez dobrą połowę filmu. Miłośnicy soft porno też niestety wyjdą z kina niepocieszeni – słabe aktorstwo pasuje tu jak ulał, ale nawet jak na soft-porno, to pikantniejszych scen tu też jak na lekarstw. Momentami aż się prosi, żeby pociągnąć film w stronę dramatu, ale wątki, które można było nieco rozwinąć, żeby postaci nabrały kształtów w mig przepadają. 50 twarzy okazuje się więc wszystkim po trochu i niczym zarazem. Najwidoczniej to co zagrało w książce, kompletnie nie gra w filmie, a fabularne zagrywki rodem z harlekinów na ekranie wyglądają przekomicznie.

Jeśli mówić o jakichkolwiek plusach filmu, to z całą pewnością jest to soundtrack. Sia z przyjemnym Salted Wounds, Beyoncé z doskonałym remiksem Crazy in Love oraz Annie Lenox ze świetnym I Put A Spell On You w niemal bondowskim stylu i muzyka Danny’ego Elfmana to naprawdę mocne strony tego paskudnego filmu. To z pewnością jeden z lepszych soundtracków ostatnich lat – słucha się tego naprawdę doskonale.

  • I tak nie miałam ochoty na to iść. Ale widzę, że Ciebie jakaś długonoga wyciągnęła… 😉

    • Długonogiej niestety film nie podobał się tak samo jak mi 🙁 A miało być tak pięknie ;D

  • Daria Włodarczyk

    Grzesiu w książce to masz dopiero dialogi działające na wyobraźnię: Zerżnę cię na tym stole… DO DIASKA!

    • Kiedyś będę musiał się zabrać za tę książkę 😉 Po prostu nie chce mi wierzyć, że ktoś to w taki sposób napisał, a zwłaszcza, że ktokolwiek to przeczytał 😀

      • Daria Włodarczyk

        Wiesz, to już nie była książka tylko swego rodzaju zjawisko, na które reakcje były na tyle skrajne, że postanowiłam wyrobić sobie swoje zdanie. Z tego samego powodu powinnam przeczytać coś z Paulo Coelho ale jakoś nie mogę się zabrać.

  • Marek K

    Grzegorz skomentuj prosze boxoffice filmu na poziomie 570mln $. Wydaje sie, ze film jest tym czym mial byc.

    • Ale co ma w tym wypadku boxoffice do miernego aktorstwa, nudziarstwa i drętwoty. Film miał być zwykłym skokiem na kasę, a wrzucając pod tytułem „50 shades of Grey” dowolny chłam, film i tak wykręciłby podobny boxoffice. Nie zmienia to jednak faktu, że, zamierzenie czy nie, ten film to chała.