Po ponad pięciu latach od śmierci Zbigniewa Religi powstaje o nim film. Wbrew pozorom jednak Bogowie nie są typowym kinem biograficznym – nie znajdziemy tu, tak ogranych w tego typu produkcjach, retrospekcji z dzieciństwa małego Zbyszka, nie poznamy też jego całego życiorysu. Film bowiem opowiada jedynie o, mniej więcej, trzyletnim, ale niezwykle istotnym rozdziale w życiorysie słynnego kardiochirurga.

Religa po powrocie do Polski ze stażu w Stanach Zjednoczonych zderza się z Polskimi realiami. Młody lekarz ma ambicje, które przewyższają wyobrażenie całego peerelowskiego środowiska naukowego – chce przeszczepić ludzkie serce. By dopiąć swego opuszcza Warszawę z planami otwarcia własnej kliniki w Zabrzu. Jak się okazuje, wszystko zdaje się stawać na przeszkodzie młodemu kardiochirurgowi i, żeby zrealizować swoje plany, będzie musiał borykać się z niezliczoną ilością przeszkód – kryzysem gospodarczym w kraju, ograniczonymi horyzontami kolegów po fachu, a, co najważniejsze, z własnymi słabościami.

Kino biograficzne nie jest kinem łatwym, bo trzeba przy jego realizacji dokonywać masę wyborów. Znaleźć złoty środek między laurką a paszkwilem lub między filmowym „wikipedyzmem” a przekombinowaniem nie jest łatwo. Zarówno reżyser jak i scenarzysta Bogów zdawali się nie być zbyt pewnymi nazwiskami. Zwłaszcza ten drugi ma w swoim dorobku jedynie bardzo marną komedyjkę sprzed pięciu lat. Jak się okazuje, ten duet omija wszelkie pułapki, które czyhają na filmowców, którzy podejmują się ekranizacji czyjejś biografii. Film jest doskonale wyważony i brak mu niepotrzebnych dłużyzn, nie popada też w niepotrzebny patos i momentami nie brak mu humorystycznego zacięcia. Bez wątpienia, scenariusz to prawdziwa perełka.1-obrazek_duzy_4026655

Kręcąc film o kardiochirurgu trudno uniknąć scen operacji. W tej kwestii dostajemy pełen, niemal dokumentalny naturalizm – nie ma tu miejsca na półśrodki – scen, w których przyjdzie nam obejrzeć bijące serce, chlustającą krew czy inne organy będzie co najmniej kilka. Śmierć też niejednokrotnie pojawia się w filmie, przez co Bogowie to nie tylko historia o wielkim sukcesie, ale też o wielu porażkach, które do niego doprowadziły. „Serce w Polsce jest relikwią” mówi do Zbigniewa Religi jego przełożony podkreślając, że operacje na ludzkim sercu nie są wolne od wielu dylematów moralnych, które w filmie też odgrywają istotną rolę.

W kwestii obsady aktorskiej też nikt nie daje pretekstów do czepialstwa. Tomasz Kot po raz kolejny udowadnia swój kunszt aktorski, co zresztą potwierdził brak konkurencji dla niego podczas festiwalu w Gdyni. Charakterystyczne dla Religi przygarbienie, mimika twarzy, sposób mówienia – wszystko to odtwórca jego roli opanował do perfekcji doskonale omijając niebezpieczeństwo przeszarżowania i, w efekcie, karykatury. Mimo, że nie ulega wątpliwości, że odtwórca głównej roli skupia na sobie główną uwagę widza, to na drugim planie też jest naprawdę bardzo dobrze i nie odnosi się wrażenia, że Kot dźwiga film tylko na swoich barkach.

Po nieudanej operacji Religa już mocno wstawiony zapija nerwy w barze. Zagaduje do niego barmanka.
– Kobieta? Serce nie sługa.
– To się jeszcze okaże.

Już dawno nie miałem okazji opuścić seansu bez jakichkolwiek wątpliwości, że miałem do czynienia z dobrym polskim kinem.  Nie trzeba tu uciekać się do ułagodzenia oceny poprzez „jak na polskie warunki jest dobrze”. Nie bez powodu film został wprost obsypany nagrodami na festiwalach. Po obejrzeniu Bogów trudno narzekać na niedosyt – to naprawdę doskonałe kino, zarówno pod względem technicznym jak i fabularnym, a sama historia Religi jest niesamowicie inspirująca. To opowieść o człowieku, z jego wadami i zaletami, ze wzlotami i upadkami; to historia o popełnianiu błędów i próbowaniu do skutku. Voltaire kiedyś powiedział, że „gdyby nie było Boga, to należałoby go wymyślić”. Po obejrzeniu Bogów doszedłem do wniosku, że gdyby nie było Religi, to też czym prędzej należałoby go wymyślić.