Z Darrenem Aronofskym znamy się nie od dziś. Estetyka i klimat u tego reżysera zawsze do mnie przemawiały, a za sprawą swojego poprzedniego filmu kupił mnie po całości – muzyką Mansella, cudną Natalie Portman i świetnym scenariuszem. Od premiery Czarnego łabędzia minęły już dobre trzy lata, więc gdy okazało się, że Aronofsky pracuje nad nowym filmem, byłem pewien, że trudno będzie obok tej premiery przejść obojętnie.

Zwłaszcza, że wziął na warsztat scenariusz nie byle jaki. Biblijne opowieści w kinie to oczywiście nic nowego, ale starotestamentowa historia Noego to prawdziwy monument, który na pewno jest niemałym wyzwaniem dla całej ekipy. Noe (durny i niepotrzebny podtytuł sobie podarujmy) ma ambicje, by być prawdziwym opus magnum Aronofsky’ego, stara się każdym kolejnym ujęciem czarować widza, ale niestety para, choć na szczęście nie cała, idzie w gwizdek.

Mimo, że scenariusz traktuje biblijną historię o Arce raczej swobodnie, to filmowy Noe staje z grubsza przed tym samym zadaniem, co ten starotestamentowy – musi wybudować wielką łódź, zebrać w niej swoją rodzinę i po parze z każdego gatunku zwierząt, a na dodatek zdążyć przed wielkim potopem. Jak okazuje się w filmie, biblijna część zadania to prawdziwa bułka z masłem – statek w mig jest gotowy i wszelkie stworzenie lgnie pod pokład aż miło. W porównaniu z tym z Pisma, Noe grany przez Russela Crowe’a ma ręcę pełne roboty. Oprócz samej budowy statku musi przekonać do swojego posłannictwa olbrzymie kamienne maszkary, zwalczać plemię niejakiego Tubal-Kaina, podróżować po górach w poszukiwaniu najstarszego człowieka świata i penetrować opuszczoną kopalnię.

Bo Noe, jak się okazuje nie jest filmem o potopie, a i kwestie budowy Arki, wprowadzające widza choć trochę w stoczniowy fach, są raczej pominięte. Bohater nie ma żadnych wątpliwości, co do słuszności swojej misji i przyjmuje ją bez większych zastrzeżeń, a olbrzymi statek rośnie jak na drożdżach z ujęcia na ujęcie. To, co zdaje się być głównym wątkiem fabularnym w ogólnym rozrachunku okazuje się tylko tłem dla innych wydarzeń i w obliczu bożego gniewu w postaci Potopu  śmieszne momentami wydają się rodzinne spory między Noem, a jego familią.

Darren Aronofsky umiejscawia historię w bliżej niesprecyzowanym czasie. Mimo, że na pierwszy rzut oka wydaje się ona nie różnić od swojego pierwowzoru, później nie jest to już takie oczywiste. Na początku film zbacza trochę w klimaty lekkiego postapokaliptyzmu i zarysowuje wizję czegoś w rodzaju wielkiego biblijnego uniwersum, ale z rozwojem fabuły pomysł zostaje zupełnie porzucony i miejsce akcji zdaje się być, jak na film o globalnym kataklizmie, bardzo mocno ograniczone.  To, co mogło uczynić Noego filmem epokowym zostało pogrzebane już w przedbiegach.

Aktorsko film niestety też się nie broni. Russel Crowe jako jedyny naprawdę dobrze odnajduje się w swojej roli – gra równo i całkiem przyjemnie, w końcu nie pierwszy raz, się go ogląda. Reszta bohaterów filmu (z naciskiem na Sema i Chama) już z poziomu scenariusza jest totalnie nijaka, a ich odtwórcy wcale tego faktu nie zmieniają. Jennifer Connelly, siląc się na tragizm, ma momentami problemy z opanowaniem swojej ekspresji. Patrząc na Emmę Watson ma się wrażenie, że od złotej ery Harrego Pottera nie zrobiła większego postępu. Ray Winstone, jak przystało na głównego antagonistę w filmie, straszy groźnymi minami, ale ich paleta wyczerpuje się na długo przed finałem. Anthony Hopkins nie dość, że nie dostaje zbyt wiele czasu na ekranie, to jeszcze gra … dziwnie niemrawo.

Niemniej jednak, Noe, przynajmniej pod względem wizualnym i muzycznym, robi spore wrażenie. Film nie szczędzi widzowi efektów specjalnych, które są dobrym uzupełnieniem dla bardzo dobrych zdjęć w wykonaniu M. Libatique’a, znanego już z poprzednich filmów Aronofsky’ego. Jedyną naprawdę mocną stroną filmu są, przypominające klimatem Źródło, poetyckie animacje, pokazujące między innymi wizję stworzenia świata. Niestety mają one raczej rolę ciekawego smaczku i przerywnika.

Trudno powiedzieć co najbardziej zawodzi – czy to drętwota dialogowa bezbarwnych postaci, skopane sceny akcji,  nielogiczności w scenariuszu, czy po prostu mało Aronofsky’ego w Aronofskym. Noe to cała masa straconych szans i niewykorzystanych potencjałów – wszystko to, co mogłoby złapać za serce zostaje pominięte i niedorobione jakby w wyniku nieudanych kompromisów Aronofsky zdejmował momentami nogę z gazu mając problemy z dopięciem swego i zrealizowaniem pierwotnych założeń. Z prawdziwego monumentu niestety zostaje średniej jakości lekko nużący dramacik rodzinny w biblijnym, ciężkostrawnym sosie. Noe to kolos, choć niestety na glinianych nogach.

Mimo wszystko, cieszy kilka rzeczy. Nie jest to film w klimacie Pasji, na którym zamiast popcornu wypadałoby bardziej trzymać różaniec i w religijnych uniesieniach po filmie całą noc klepać pacierze. Noe całe szczęście nie wpada w religijny patetyzm i zgrabnie omija świętojebliwą pretensjonalność, którą zazwyczaj raczyło widza kino o takiej tematyce. Daje nadzieję fakt, że w końcu opowiadania biblijne trafiły w popkulturowe sito i stają się coraz bardziej nośne dla kina. Myślę, że jest to doskonały prognostyk i znak dla innych twórców filmowych, bo w tej tematyce jeszcze wiele jest do nakręcenia.