O tym, że ekranizowanie własnej historii nie jest naszą mocną stroną pisałem przy okazji recenzji Sierpniowego nieba dokładnie rok temu. Od tamtego czasu coś jakby drgnęło. Wajda nakręcił bardzo przystępnego Wałęsę, Pasikowski doskonałego Jacka Stronga (kto nie widział ten trąba), dla odmiany Gliński ciekawą, ale niestety niezbyt udaną adaptację Kamieni na szaniec. Zapowiedź nowego filmu o Powstaniu, biorąc pod uwagę moje doświadczenia z wspomnianym Sierpniowym niebem, nastawiła mnie do Miasta 44 raczej sceptycznie. Hollywoodzki zwiastun filmu z Young and Beautiful Lany Del Rey w tle napawał optymizmem, ale mimo to niepewność pozostała. Dzień kinowej premiery nadszedł i odcinając się od wspomnienia rapującego Bilona na gruzach Warszawy (kto nie widział nic nie stracił), nie mogłem oprzeć się ciekawości. Miasto mnie skusiło.

Głównym bohaterem filmu jest Stefan, młody chłopak mieszkający z mamą, będącą wdową po oficerze Wojska Polskiego, i młodszym bratem. Za namową swojej koleżanki Kamy wstępuje do konspiracji, gdzie, nieomal w przededniu Powstania, poznaje między innymi Biedronkę – dziewczynę reprezentującą bogate, przedwojenne ziemiaństwo spokojnie żyjące na obrzeżach Warszawy. Młodzi bohaterowie z początku traktują zryw jako doskonałą zabawę, aby już w następnych scenach przekonać się, że będą musieli stanąć oko w oko z okrucieństwem wojny. W zgliszczach płonącej stolicy rozgrywa się równocześnie dramat i romans, a sceny wybuchów przerywają sekwencje namiętnych pocałunków i miłosnych uniesień.

miasto444

Fabuła filmu niestety niezbyt porywa, a po rozpoczęciu walk zostaje praktycznie odsunięta na drugi plan, ustępując miejsca efektom specjalnym i popisom pirotechnicznym, a akcja, wraz z głównymi bohaterami, przerzucana jest z jednej dzielnicy do drugiej momentami tracąc płynność. Sami bohaterowie filmu nie należą do nadmiernie złożonych i jakakolwiek głębsza analiza psychologiczna postaci raczej nie wchodzi w grę. Mimo, że aktorsko film nie powala, a momentami ujawnia się w nim lekkie sztywniactwo dialogów, to nie można się w tej kwestii do niczego konkretnego przyczepić, zwłaszcza że w filmie jest kilka świeżych twarzy. Miasto 44 dla tych, którzy spodziewali się kina historycznego, z pewnością będzie więc rozczarowaniem. Ci zaś, którzy spodziewali się tradycyjnego kina historycznego z bogoojczyźnianym patosem lejącym się z ekranu prawdopodobnie opuszczą seans z niesmakiem…

… bo Komasa po prostu postawił wszystko na jedną kartę. W trakcie seansu zobaczymy między innymi: bullet time’y żywcem z Matrixa z muzyką Czesława Niemena w tle, spadającą z nieba nawałnicę krwi i kończyn czy choćby powstańców walczących w rytm jednego ze słynnych dubstepów Skrillexa. Twórcy Miasta 44, poszukując remedium na wszędobylski patos w tematyce powstańczej, okrasili film klimatem rodem z gier komputerowych, horrorów i hollywódzkiego kina wojennego. Mimo to, nie brakuje tu też doskonałych scen, które naprawdę chwytają za serce i porażają widza swoim naturalizmem. Ktoś, kto przyszedł więc na film wojenny z gatunku Szeregowca Ryana albo Wroga u bram (o nim trochę TUTAJ) z pewnością dostanie odpowiednią dawkę akcji, krwi i wybuchów.

Miasto 44 nie jest z pewnością arcydziełem i nie wnosi on absolutnie nic do niekończącej się debaty o słuszności tego niepodległościowego zrywu. Mimo kilku przeszarżowań estetycznych, które mogą razić, film jest pokazem doskonałej sprawności reżyserskiej Jana Komasy i widowiskiem filmowym na miarę wykraczającą poza dotychczasowe osiągnięcia polskiego kina. Trudno karcić twórców Miasta za popkulturowe podejście do tego tematu, są oni na dobrej drodze do odnalezienia własnego przepisu na ekranizację  polskiej historii. Kto wie, może przed nami jeszcze Bitwa pod Grunwaldem albo Odsiecz Wiedeńska w rytmie Tiësto.