Z Patrykiem Vegą po sukcesie Pitbulla w 2005 roku wiązano olbrzymie nadzieje. Gdy przez 9 lat dalszej kariery zaczął podpisywać się pod takimi produkcjami jak Ciacho, Hans Kloss czy Last Minute trudno było uwierzyć, że to wciąż ta sama osoba. Dlatego też pierwsze zapowiedzi Służb specjalnych były dla mnie niemałym szokiem. Patryk Vega wrócił z filmem, który nie jest denną komedią romantyczną ani nędznym odgrzewańcem, a na dodatek nie gra w nim Krzysztof Kononowicz (grał w Ciachu, zresztą razem ze słynną Basią Kwarc z youtube’owych filmików).

Tym razem dostajemy kino o tematyce śmiertelnie poważnej. Po likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych powstaje jednostka, do której trafia trzech głównych bohaterów filmu: wydalona za nieudaną akcję funkcjonariuszka ABW, agent wywiadu służący w Afganistanie i były oficer Służby Bezpieczeństwa. Jak się okazuje, działania, kontrolowanej przez tajemniczego dowódcę, grupy mają polegać na eliminowaniu niewygodnych polityków i wprowadzaniu chaosu informacyjnego prowadzące do wstawienia  odpowiedniej osoby „pod żyrandol”, czyli na fotel prezydenta.

Premiera Służb specjalnych nie narobiłaby z pewnością takiego szumu, gdyby już w zwiastunie nie było jasne, że film nawiązuje wprost do prawdziwych wydarzeń, a na ekranie pojawią się aktorzy łudząco podobni do postaci znanych z telewizji i gazet. Przed oczami widza staną między innymi bliźniacy Antoniego Macierewicza, Romana Giertycha, Andrzeja Leppera czy Sławomira Petelickiego. Mimo, że twórcy Służb zaklinają się na wszystkie świętości, że zbieżność wydarzeń i postaci jest absolutnie przypadkowa, to należy te zapewnienia traktować z odpowiednim dystansem.

sluzbyyy

Sam Vega mówił wywiadach, że przygotowania do nakręcenia filmu trwały prawie dwa lata i rzeczywiście widać, że tematyka tajnych służb jest mu doskonale znana. Mimo to, nie do końca wyszło to produkcji na dobre. Film w efekcie cierpi niestety na dość poważne przeładowanie treścią, a przez to fabuła momentami staje się dość mocno „wyboista”. Reżyser za jednym zamachem próbuje nakreślić tło historyczno-polityczne związane z likwidacją WSI, wprowadzić widza w tajniki wojskowej nowomowy, a jeszcze przy tym trzymać poszczególne wątki (a jest ich sporo) w ryzach. W wyniku „popisówy” Vegi, głównie na początku filmu, w scenariuszu dość mocno zgrzytają sztywniackie dialogi zwłaszcza w wykonaniu niby-Macierewicza (w tej roli Krzysztof Horbacz) i niby-Petelickiego (Wojciech Machnicki). Obaj aktorzy niestety dość mocno odstają w porównaniu z resztą obsady.

Aktorsko, oprócz tych dwóch wyjątków, jest naprawdę bardzo dobrze. Olga Bołądź, grająca byłą agentkę ABW, w końcu dostała wyrazistą rolę, stanęła na wysokości zadania i naprawdę cieszy oko. Janusz Chabior w roli byłego esbeka walczącego z nowotworem to bezapelacyjnie najlepszy występ w całej karierze aktora. To on zgarnia najlepsze sceny w filmie, zarówno te poważne, jak i te, które bawią. Wojciech Zieliński, jako były agent wywiadu, też sprawdza się w swojej roli całkiem przyzwoicie. Na drugim planie również jest bardzo dobrze. Nie zawodzą sprawdzeni aktorzy tacy jak Andrzej Grabowski, Agata Kulesza czy Eryk Lubos.

Służby specjalne mimo potknięć wciąż się bronią, a co najważniejsze – spełniają swoją rolę, czyli skłaniają do myślenia. Patryk Vega w wywiadach uparcie przekonuje, że fabuła filmu jest oparta na jego rozmowach z funkcjonariuszami służb specjalnych, a troje głównych bohaterów jest odwzorowaniem autentycznych osób. Nawet jeśli Vega tylko częściowo mówi prawdę, to i tak mrozi krew w żyłach świadomość tego, że choćby nawet kilka procent zawartości scenariusza Służb to fakty. Myślę, że ten reżyser, o ile nie wróci do miałkich komedii romantycznych, może nas jeszcze niejednokrotnie zaskoczyć. Służby specjalne nie do końca zachwycają wykonaniem, ale pod względem treści jest to prawdziwe trzęsienie ziemi, wobec którego nie można pozostać obojętnym.