Lucy jest filmem słabym. Od tego trzeba zacząć. Ta recenzja miała się rozpocząć innymi słowami, a jednoznaczna ocena miała znaleźć się na końcu. Miało być o plusach i o minusach, miało być grzecznie i miło. Niestety, nie da się – Lucy jest filmem słabym. Jako film akcji, jako sci-fi, jako parodia obu tych gatunków również. Po prostu. Wstępowi i rozwinięciu w tym wypadku ustąpić musi zakończenie – Lucy jest filmem słabym. Zawsze lepiej, gdy wiesz to już teraz, mając wciąż w ręku pieniądze na bilet i półtorej godziny wolnego czasu.

Lucowi Bessonowi nie udało się podbić mojego serca ani Joanną d’Arc, ani Nikitą, Leonem zawodowcem, a nawet Wielkim Błękitem. Zarówno w roli reżysera jak i scenarzysty (Yamakasi, TaxiUprowadzona) kompletnie do mnie nie trafiał. Jak się okazuje, tendencja spadkowa poziomu jego filmów wciąż się utrzymuje i chyba nawet Porachunki nie były taką miernotą, jaką jest Lucy.

Scenariusz, nie pierwszy raz zresztą, w wykonaniu Luca Bessona jest wtórny i prosty jak drut. Za namową swojego chłopaka, tytułowa Lucy, w której rolę wciela się Scarlett Johansson, w tajemniczych okolicznościach dostarcza tajemniczą walizkę tajemniczemu panu Jangowi, którego gra znany m.in. z Oldboya i Pani zemsty Min-sik Choi. W walizce są (tajemnicze, a jakże) narkotyki, a pan Jang okazuje się zimnokrwistym szefem narkotykowego biznesu, w który nasza Lucy zostaje wplątana. Gangsterzy zaszywają jej w brzuchu worek z dragami i każą przetransportować je na teren USA. Worek ów pęka, substancja przedostaje się do krwiobiegu, a bohaterka staje się superbohaterką poprzez zwiększające się z czasem możliwości swojego mózgu.

Cały film bowiem opiera się na tak zwanym micie dziesięciu procent, według którego człowiek wykorzystuje tylko jedną dziesiątą możliwości swojego mózgu. Nawet znawczy i ciepły głos Morgana Freemana (który coraz bardziej zapracowuje sobie na status hollywoodzkiego odpowiednika Krystyny Czubówny) nie zmienia faktu, że fundament, na którym opiera się film jest z naukowego punktu widzenia totalną bzdurą. Oczywiście, mimo to film wciąż mógł być hitem. Nie wyszło.

Trudno pisać o całkiem dobrym aktorstwie, zdjęciach czy muzyce, kiedy film totalnie nie trzyma się kupy. Widz zostaje poczęstowany pseudointelektualnymi rozważaniami nad naturą ludzkiego mózgu (trochę lepiej, choć wciąż słabo, wypadło to w Transcendencji), historią ludzkości od zarania dziejów niczym w Odyseji kosmicznej, a wszystko to tylko po to, by obejrzeć na ekranie pościg w centrum Paryża, wybuchy i strzelaniny. Fakt faktem, wciąż mogła wyjść z tego całkiem dobra sensacja. Nie wyszło.

Lucy jest wprost najeżona nielogicznościami, dziurami fabularnymi i pseudofilozofią. Decyzje głównej bohaterki momentami graniczą z absurdem, a nagłe nabycie nadprzyrodzonych umiejętności nie robi na niej większego wrażenia. Z ust Morgana Freemana padają coraz to bardziej wydumane spostrzeżenia, za którymi nie kryje się absolutnie nic, a wraz z finałem filmu osiągamy istne himalaje grafomaństwa i tandety. Cały nibyintelektualny ładunek naśladujący między innymi wspomniane dzieło Kubricka nie ma tu najmniejszego znaczenia, bo wszystko sprowadza się do odhaczenia kolejnej rozpierduchy na ekranie. Nie wyszło.

Najnowszy film Luca Bessona jest mieszanką, której nie jestem w stanie przełknąć. Reżyser nawet nie próbuje skłonić widza do jakiejkolwiek refleksji. Aktorzy w efekcie zdają się miotać przed kamerą, próbując ratować jakoś film, ale zdaje się to niestety na nic. Zbierając tak dobrą obsadę, można było się pokusić o dużo więcej. Luc Besson po raz kolejny totalnie nie sprawdza się w roli scenarzysty. Zasłania się zgrabnie zrealizowanymi scenami akcji i efektami specjalnymi z nostalgią cytując swoje filmy sprzed prawie dwóch dekad, zdając sobie widocznie sprawę, że to, co najlepsze już niestety za nim.

A tak a propos Lucy:

  • Mnie nawet trailer nie zachęcił. Jak dla mnie to po prostu historia, w której twórcy dopasowują sobie możliwości mózgu w zupełnie nielogiczny sposób, tak, jak im pasuje. Tak jakby rozwiązanie całego konfliktu filmu opierało się na zasadzie deus ex machina. Machanie palcem i sprawianie, że ludzie padają jak muchy? Spoko. Idiotyzm.

    • Trailer „Lucy” należy do tych, które pokazują wszystkie „najlepsze” sceny w filmie. Fabuła nie ma sensu, więc w sumie jeśli lubi się efekciarstwo, to wystarczy tylko obejrzeć trailer. ;D