Gdy pojawiały się pierwsze zapowiedzi filmu nie spodziewałem się wielkich fajerwerków. Po polskich filmach, za wyjątkiem kilku reżyserów, w ogóle się już niewiele spodziewam. Zwłaszcza, gdy chodzi o polskie kino historyczne, to już tradycją stały się rokroczne gnioty profanujące polskie świętości.

Zrezygnowanie nie opuszcza mnie już od lat po coraz to bardziej nieudolnych próbach ekranizacji polskich dziejów zazwyczaj podanych w tradycyjnym martyrologicznym sosie. Była Bitwa Warszawska (tu dokopali nam Ruscy), Tajemnica Westerplatte (tu dla odmiany Niemcy), Syberiada polska (znów Ruskie). Był kiepski Popiełuszko, niemniej słaby Janek Wiśniewski (jedyne co zapamiętałem z filmu, to świetny Gomułka grany przez Pszoniaka), katastrofalna Bitwa pod Wiedniem i bardzo nijaki Katyń.

Powstanie Warszawskie wydawało mi się tak ciekawym, i wciąż nietkniętym tematem, że Sierpniowe niebo wprost nie mogło się nie udać. Zastanawiało mnie zaangażowanie w promocję całego filmu raperów z Hemp Gru, ale wciąż wierzyłem w to, że tego filmu po prostu nie da się spartaczyć, no po prostu nie ma takiej możliwości.

Pomysł z Hemp Gru był słaby. Spodziewałem się, że pod tym względem będzie kiepsko. Rap z Mokotowa do filmu pasuje jak pięść do oka począwszy od tekstów na poziomie „nasza ekipa, jakby się cofnąć wstecz”, a na całej nieudolności połączenia wątku historycznego z tym współczesnym kończąc. Jak się okazało chłopaki z Mokotowa to jedynie namiastka piekła jakie przechodzi widz męcząc się przez bite 93 minuty z filmem.

[Tutaj miał się znaleźć zarys fabuły. Próbowałem – nie podołałem.]

Pozytywów szukać nie sposób, bo ich po prostu nie ma. Przed kamerą zostali postawieni w większości ludzie, którzy nigdy nie powinni się przed nią znaleźć. I co z tego, że jest Kolberger, skoro jego rola jest niemal trzeciorzędna, a gdy w końcu zostaje mu oddany głos, to bierze udział w najbardziej kiczowatej scenie w całym filmie? Co z tego, że jest Emilian Kamiński, skoro pojawia się na ekranie na góra 2 minuty w jednej scenie?

Dialogi w filmie to istne Himalaje drętwoty. Te są w Sierpniowym niebie momentami tak niedorzeczne, że z pewnością zapiszą się w annałach polskiego kina. Rozmowa z ekspedientką w sklepie z zabawkami, całkowicie abstrakcyjna dyskusja z antykwariuszem o The Doors albo pogaduszki biznesmenów przy obiedzie – naprawdę trudno wytypować najbardziej idiotyczną scenę. Jedynie pod tym względem film wykazuje minimalną spójność – jest niemożliwie drętwy od początku do końca.

Scenariusz to totalne nieporozumienie. Bohaterowie stają przed absurdalnymi dylematami moralnymi, nieistotne wątki mnożone są w nieskończoność, fabuła nijak nie trzyma się kupy – mało – film tak naprawdę fabuły jest pozbawiony. Przezabawny patos, kicz i kulawe metafory polityczno-religijne leją się hektolitrami z ekranu wprost na niczego niespodziewającego się widza. Na recytację Fausta przez SS-mana wraz z żydem ukrywającym się w zbombardowanej kamienicy, rozstrzelanie figurki Matki Boskiej albo scenę z pomnikiem Bieruta na tle powstańczych mogił nie sposób patrzeć nie umierając ze śmiechu. Po tym wszystkim mowa o kwestiach technicznych filmu to już kopanie leżącego.

Film jest katastrofalnie niespójny, obrzydliwie drętwy i nieznośny. Seans Sierpniowego nieba był dla mnie prawdziwie masochistycznym doświadczeniem. O filmie Ireneusza Dobrowolskiego należy jak najszybciej zapomnieć i powstrzymać nadchodzące fale gimnazjalistów wysyłanych na ten film do kin. Chyba, że za karę – to jak najbardziej.

Myślę, że wystarczającą antyreklamą filmu jest ten klip:

Na zawsze Twój,
podpis