Jak się okazało, połączenie Kac VegasGlengarry Glenn Ross, Wielkiego Gatsby’ego razem z opowieścią o Robin Hoodzie było strzałem w dziesiątkę. Co więcej, Wilk z Wall Street to z całą pewnością kamień milowy w karierze 71-letniego Martina Scorsese, bo film nie przypomina ani trochę jego poprzednich dokonań. No, może za jednym wyjątkiem – jest absolutnie fantastyczny. Reżyser przyzwyczaił już swoich widzów do prawdziwej wirtuozerii w swoim fachu – świetnych dialogów, doskonałych obsad, niepowtarzalnej muzyki i wartkiej akcji. W nowym filmie jednak bardzo wyraźnie widać, że Martin Scorsese nie powiedział jeszcze swojego ostatniego słowa.

Wilk z Wall Street opowiada autentyczną historię Jordana Belforda – maklera giełdowego, krasomówcy, narkomana, kanciarza, alkoholika i dziwkarza, a przede wszystkim bogacza, który dorabia się swojej fortuny zaczynając od sprzedaży akcji groszowych. Bohater, który rozpoczyna swoją karierę, jako początkujący makler na Wall Street bardzo szybko poznaje prawdziwy charakter tego miejsca. Mark Hanna (tutaj krótka choć świetna rola Matthew McConaugheya), jego przełożony, szybko uzmysławia mu, że nowojorska giełda stoi na trzech silnych fundamentach. Są nimi seks, alkohol i narkotyki.

1. Bo Scenariusz.

Za scenariusz w Wilku z Wall Street odpowiada Terence Winter, którego dorobek bynajmniej nie należy do pokaźnych. Fakt, że robota scenarzysty, który ma za sobą tylko dwie pełnometrażówki, jest jednym z  głównych walorów filmu bardzo zaskakuje. Mimo, że seans nie jest krótki (3 godziny), to akcja jest tak zagęszczona, że nie pozostawia ani chwili na oderwanie wzroku od ekranu. Rozstrzał gatunkowy filmu jest na tyle duży, że idąc do kina na Wilka kupujemy na dobrą sprawę bilet na trzy filmy – dramat biograficzny, kryminał i komedię – a wszystko to, o dziwo, gra doskonale bez żadnych zgrzytów. Dialogi na zmianę śmieszą do łez, trącąc lekko klimatem z Tarantina, i wprowadzają ponury klimat żywcem z Taksówkarza czy Wściekłego byka; główny bohater, któremu coraz bardziej zaciska się na szyi pętla kryminalnej intrygi na zmianę wzbudza obrzydzenie, podziw i współczucie. Jednym słowem, scenariusz to prawdziwy majstersztyk.

2. Bo obsada.

Gra wybranej przez Scorsese’a obsady to też spore zaskoczenie, bo jest dużo twarzy niezbyt znanych lub takich, które zobaczyć można jedynie w czerstwych komediach. Niejeden z aktorów zaliczył tutaj najlepszy występ w swojej karierze. Wspomniany już Matthew McConaughey, to tylko maleńka wisienka na torcie, jakim jest Wilk z Wall Street. Świetną, choć drugoplanową rolą szwajcarskiego bankiera, może pochwalić się Jean Dujardin. Jonah Hill, znany raczej ze słabych komedii, podejmuje się ważnej roli i broni się z niej naprawdę dobrze – większość bawiących do łez scen to jego zasługa. Urocza Margot Robbie, która dotychczas grała w samych badziewiach, nie jest tylko cieszącą oko błyskotką, ale także ma coś do powiedzenia przed kamerą i może właśnie to Wilk z Wall Street jest punktem zwrotnym w jej karierze. Cóż, tutaj nawet Shea Whigham (znany, jako szeryf Elias Thompson z Zakazanego imperium), w roli kapitana prywatnego jachtu, który pojawia się na ekranie przez pewnie niecałą minutę świetnie pasuje do swojej roli. Osobnym tematem jest…

3. Bo Leonardo DiCaprio

Ten człowiek chyba już nikomu nie musi udowadniać, że jego występy to prawdziwa aktorska maestria. Co więcej, łatwo da się zauważyć, że miejsce przed obiektywem Martina Scorsese’a, kiedyś zarezerwowane dla Roberta De Niro, teraz prawie niepodzielnie zajmuje DiCaprio i to dzięki rolom w jego filmach ostatecznie zerwał on z wizerunkiem chłopca, który utrwalił się widzom po rolach w Titanicu czy Romeo i Julii.  W Wilku z Wall Street Leonardo DiCaprio jedynie utwierdza w przekonaniu na ile go stać, bo jego gra jest absolutnie bezbłędna. Mimo, że jego dwie poprzednie role w Wielkim Gatsbym i Django mają kilka wspólnych mianowników, to nie rzuca się to w oczy i nie razi widza, co tylko świadczy o umiejętnościach odtwórcy głównej roli. Jego motywacyjne monologi, z których znany jest Jordan Belfort, to prawdziwe mistrzostwo aktorskie. Dla samego Leonarda DiCaprio z pewnością warto zobaczyć Wilka.

4. Bo Martin Scorsese.

Scorsese wielkim reżyserem jest, kropka. Trudno zaprzeczyć temu faktowi, bo jest to fakt z całą pewnością niezbity. Takie tytuły jak Taksówkarz, Wściekły byk, Chłopcy z ferajny czy Kasyno już stały się kultowe; Gangi Nowego Jorku i Wyspa tajemnic z pewnością takimi zostaną, a bez wątpienia Wilk z Wall Street do nich dołączy. Obawiałem się komedii w wykonaniu Scorsese’a, zwłaszcza takiej otwarcie niepoprawnej  – sądziłem, że ciężko będzie mu osiągnąć poziom wykraczający poza emeryckie sprośności i miałkie żarty. Zaskoczyła mnie doskonała świeżość filmu, która ani trochę nie rozczarowuje fanów, ale też nie zniechęca tych, którzy klimatu Scorsese’a nie czują, bo scen narkotykowo – alkoholowych hajów i seksualnych rozkoszy, znanych z dzisiejszych komedii, jest co nie miara, a jednak film nie zniża się do ich poziomu. Mimo, że Scorsese prowokacyjnie kroczy po cienkiej granicy między zachwytem a zgorszeniem to Wilk z Wall Street zachowuje doskonały balans. Ciężko dziwi fakt, że za tym wszystkim stoi 71-letni reżyser, któremu ani się śni spuszczać z tonu – cóż, pod względem nagości, kokainowych ścieżek i gorzelnianej atmosfery to z pewnością najmocniejszy film Scorsese’a.

5. Bo tak.

Wilk z Wall Street to z całą pewnością jeden z najlepszych filmów roku. Jest świeży, jest zabawny, ma świetną obsadę, doskonale dobrany soundtrack, perfekcyjny scenariusz i niepowtarzalny klimat. Trudno tu do czegokolwiek się przyczepić, bo dostajemy obraz przemyślany i kompletny. Premiera już 3 stycznia, więc biegiem do kina!

Na koniec jeden z najbardziej tkwiących w głowie kawałków z filmu:

  • mamyalergie.blogspot.com

    Matko, a ja jeszcze tego nie widziałam. Wielkim Gatsbym byłam jednak oczarowana.