„Jest pan człowiekiem, o którym zawsze będzie się mówić, choć nikt go nie będzie pamiętał (…) legendą o byciu człowiekiem”. Są to słowa anonimowego listu, który Klaus Kinski otrzymał w Paryżu w 1989 roku. Tego samego roku aktor zamknął swoją karierę wyreżyserowanym przez siebie filmem (z samym sobą w roli głównej) pod tytułem nomen omen Kinski Paganini tylko pozornie opowiadającym o genialnym skrzypku. W rzeczywistości jest on bardziej autobiograficzny niż mogłoby się wydawać. Nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości zwłaszcza po przeczytaniu jego autobiografii Ja chcę miłości.

Autobiografia Kinskiego ma status książki skandalizującej, obscenicznej i pornograficznej. Kinski na swój sposób czerpie z życia pełnymi garściami zaciągając do łóżka (i nie tylko do łóżka) setki kobiet, co oczywiście ze szczegółami opisuje. Czy grube czy chude, czy stare czy młode, czarne czy białe – niemal wszystkie kobiety na jego drodze zostają w końcu jego kochankami – włącznie z rodzoną siostrą. Prawdopodobnie po przeczytaniu Ja chcę miłości niewiele faktów z życia seksualnego Klausa Kinskiego pozostaje dla czytelnika tajemnicą.

„Tu posuwam żonę reżysera. Kobiety wciąż mnie zaskakują […]. Ale wszystkie są piękne i podniecające i to jest najistotniejsze z moich odkryć. Wszystkie! Te czarne i te białe. Te czerwone i te żółte. Żydówki. Chrześcijanki. Muzułmanki. Te, co wierzą w Buddę, czy jak tam zwał ich bożków. Stare, młode, prawie dzieci. Kurwy i dziewice. Córki. Wdowy. Żony. Matki. Ślepe czy głuche. Mądre czy głupie. Niskie i wysokie. Chude i grube. Te z wielkimi wymionami i z cycuszkami jak guziki. Te z niedojrzałymi i te z wielkimi przejrzałymi śliwkami. Księżniczka Beduinów i mała Gore z Filipin. Bogate i biedne. Cyganki. Murzynki. Eskimoski. Azjatki. Europejki. Indianki. Arystokratki. Żebraczki. Te sławne i te nieznane. Córki ludożerców. Każda jedna jest niepojętym cudem, który przyjmuje i rodzi życie.”

Klaus Kinski w swojej książce nie oszczędza nikogo. Dostaje się prawie każdemu – aktorom, reżyserom, producentom i krytykom, a ich grono powiększa się z każdą kolejną stroną. Jest tu Kubrick – impotent, Polański – kurdupel, Maria Schneider – narkomanka i Fellini – sknera. Kinski nazywa gównem każdy film w którym gra, a wszelkie festiwale i nagrody uznaje za największe przekleństwa kina. Nie pozostawia nikomu złudzeń i nazywa siebie dziwką nie ukrywając, że jest w stanie zagrać wszędzie pod warunkiem, że gaża będzie odpowiednio wysoka.

Najbardziej jednak zmieszany z błotem zostaje Werner Herzog. Współpraca aktorsko – reżyserska między nim a Kinskim, uważana za jedną z najlepszych w historii kina, w książce jest przedstawiona jako największe piekło, a sam reżyser ukazany jako półgłówek i beztalencie. Gdy w Ja chcę miłości choćby pojawia się temat Herzoga, od razu następuje niekończąca się wyliczanka epitetów pod jego adresem.

„Kiedy w pełnym rynsztunku wpadam do bagnistej dziury i próbuję wyjść z mułu, w którym coraz bardziej się pogrążam, krzyczę rozwścieczony: – Spierdalam stąd! Nawet gdybym miał wiosłować do samego oceanu! –Spróbuj tylko, każę cię posiekać mieczem – wygraża się ten złamany kutas, przestraszony ryzykiem, na które się naraża. – Jakim mieczem? – pytam z nadzieją, że mnie zaatakuje i będę mógł go zabić w obronie własnej. – Zastrzelę cię! – majaczy jak paralityk z rozmiękczonym mózgiem. – Mam osiem kul dla ciebie i jedną dla siebie. […] – No chodź gnido, chodź – mówię zadowolony z takiego obrotu sprawy. – Wracam na tratwę i będę na ciebie czekał. Zastrzelę cię jak psa. […] O czwartej nad ranem Herzog podpływa do tratwy i prosi o wybaczenie.”

Tajemnicą nie jest, że najpiękniejsze filmy Herzoga to te z Kinskim, a najlepsze występy Kinskiego to te przed kamerą Herzoga. Niezaprzeczalnie istniała między nimi, choć toksyczna, nierozerwalna więź. Mimo, że w swoim dokumencie Mój ukochany wróg reżyser twierdzi, że w książce fragmenty o nim są mocno przesadzone, nie ukrywa, że Klaus nie był łatwym partnerem. W jednej ze scen pokazuje jak w trakcie kręcenia Aguirre, gniew boży w wyniku niespodziewanej furii Kinski zaatakował mieczem jednego ze statystów nieomal pozbawiając go życia.

Jak się okazuje Kinski to nie tylko erotoman i egocentryczny furiat. W momencie, gdy na świat przychodzi jego syn Nanhoï życie aktora praktycznie zostaje wywrócone do góry nogami. Momentami zdaje się, że nowo narodzony potomek stał się jego chorobliwą obsesją. Książka zachwyca płynącą prosto z serca czystą, ojcowską miłością. Kinski wprost szaleje za każdym razem, gdy widzi Nanhoï, pisze o każdym jego geście, każdej ulubionej zabawce i traktuje go jak prawdziwe bóstwo kończąc swoją autobiografię, bez przesady, prawdziwym wyznaniem wiary.

Ja chcę miłości to książka, od której wprost nie można się oderwać. Jest w niej jakiś magnetyzm, jakaś siła, która wciska w fotel od początku do końca. Bawi się emocjami czytelnika co raz to wzbudzając w nim obrzydzenie i współczucie, miłość i nienawiść. Wszystko to, co mogłoby działać na niekorzyść Ja chcę miłości w ostatecznym rozrachunku wychodzi jej na dobre. Nieprzerwanie przyciąga nawet, gdy odrzuca swoją wymową. I nie pozostawia obojętnym.
Klaus Kinski to osoba absolutnie fascynująca – był aktorem totalnym, bezkompromisowym i niezrównanym. Jest Paganinim kina. Jest legendą o byciu człowiekiem.