Po zwiastunach Grawitacji ciężko było spodziewać się konkretów. Wiadomo było, że będzie kosmos, zniszczony wahadłowiec, George Clooney i, co gorsza, Sandra Bullock. O ile George’a Clooneya jestem w stanie znieść, tak Sandra Bullock pasowała mi do tego filmu jak pięść do oka albo może bardziej jak wół do karety. Z tego miejsca, o ile na poprzednim zdaniu nie zakończyła czytać tej notki, chciałbym panią Sandrę przeprosić. Myliłem się – kareta jest przecudnej urody, a wół, jak się okazało, nie taki straszny jak go malują.

O wielkości Grawitacji nietrudno się przekonać, bo hipnotyzuje ona już długim otwierającym ujęciem (trwa prawie 17 minut), które można by oglądać bez końca. Doskonała praca tańczącej między bohaterami kamery, będąca zasługą Emmanuela Lubezkiego, zasługuje na najwyższe uznanie podobnie zresztą, jak soundtrack przeplatający spokojne, leniwe nuty z nagłymi zrywami, po których następuje totalna cisza. Od samego początku wizualnie i dźwiękowo film rzuca na kolana, z których trudno podnieść się do samego końca. Dla oka estety i ucha melomana to prawdziwa uczta, których już coraz mniej we współczesnym kinie.

Technologia 3D, której entuzjastą nigdy nie byłem, wygląda jeszcze lepiej niż w chwalonym przeze mnie Życiu PiGrawitacja jest filmem wprost stworzonym pod 3D, ale przy tym nie sprawia wrażenia nachalnego efekciarstwa. Głębia przestrzeni kosmicznej w kontraście z perspektywą wnętrza skafandra kosmicznego, ujęcia Ziemi i sceny zniszczenia wciskają w fotel, jak żadne inne dotychczas. Fabuła filmu momentami zdaje się odchodzić na drugi plan by stać się jedynie tłem dla prawdziwego wizualnego widowiska, którego gamę efektów specjalnych spotęgowaną trójwymiarem wprost trzeba zobaczyć w kinie.

Aktorsko film mocno zaskakuje. Zaskakuje zwłaszcza dlatego, że znaczną część Grawitacji bierze na swoje barki Sandra Bullock, radząc sobie z rolą znakomicie. Po jej dotychczasowych dokonaniach w stylu Miss Agent, Człowiek demolka czy Speed: Niebezpieczna prędkość, tutaj naprawdę pokazuje, że stać ją na dużo więcej. George Clooney, mimo że po raz kolejny zdaje się grać dokładnie to samo, co zawsze, nie męczy i robi swoje.

Grawitacja jest typowym filmem akcji i jako taki radzi sobie doskonale. Bądź co bądź, nie należąca do skomplikowanych fabuła trzyma w napięciu jak u Hitchcocka – od początku do samych napisów końcowych. Cuarón na własne potrzeby odkrywa gatunek science fiction na nowo. Mimo, że film jest z założenia oparty na tym pierwszym (science), to jest tu też sporo fikcji, która stała się fundamentem dla krytyki. Niejednego fizyka momentami może rozboleć głowa – pewne motywy mogą razić tych, którzy biorą konwencję Grawitacji zbyt dosłownie i nastawiają się na bezkompromisowy realizm.

Rozczarować też mogą się ci, którzy oczekują głębokiego przesłania, czy filozoficznych wynurzeń. Mimo, że widoczne są próby delikatnego pogłębienia wartości metaforycznej filmu, to jest to raczej forma pewnego rodzaju smaczku niż rdzeń produkcji. Przerost formy nad treścią? Może i tak. Grawitacja jednak do tego stopnia zachwyca wizualnie, że treść jest tylko uzupełnieniem monumentalnej formy.

Najnowsza produkcja Alfonso Cuaróna to coś, co trzeba zobaczyć. Coś, co z pewnością jest pewnym kamieniem milowym współczesnego kina na wielu płaszczyznach. W tym temacie, w tak doskonałej formie nie nakręcono nic lepszego i ciężkim zadaniem będzie przeskoczenie tak wysoko postawionej poprzeczki. Parafrazując klasyka – Grawitacja, głupcze!

  • eyesOFsoul

    W tym temacie nakręcono „W stronę słońca”. A grawitację broni jedynie „technologia”. Dla mnie słabo i nudno.