Kiedyś zrezygnowaliśmy z winyli, bo nieporęczne, bo nietrwałe, bo jakość nie ta – tak trafiły w nasze łapki kasety magnetofonowe. Miały urok, trzeba przyznać. Ołówek, jako podstawowe narzędzie do przewijania taśm, już nigdy później nie odnalazło swojego miejsca w niezbędniku melomana. Na miejsce kaset przyszły CD. Cóż to było za szaleństwo – niewygodnego walkmana zmieniłem na jeszcze bardziej niewygodnego discmana. Słuchaczami kaset pozostali moi dziadkowie, a winyle pozostały raczej na wyposażeniu hipsterów.

Lecz przyszedł czas na MP3. Miałem wypasionego Philipsa z 512 MB na pokładzie. O Matko Rosjanko, ile to było muzyki w jednym wypasionym playerze. Można było się na wycieczkę szkolną zabrać z takim cudem i się kawałki ani razu nie powtarzały! Pliki mogłem mieć w mgnieniu oka (o ile oko akurat się z tym mgnieniem za bardzo nie śpieszyło) – to czego akurat nie było w sklepie lub nie mieściło się w budżecie zawsze mieściło się w tym moim muzycznym świecie zawierającym się w zaledwie połowie gigabajta.

Przyszły czasy większej dostępności muzyki i łatwości w jej legalnym zdobyciu. Wbijam w iTunes i za chwilę muzykę już mam na dysku i to niewielkim kosztem. Już to wydaje się być układem prawie idealnym. A jednak! Nadeszła era czegoś, co jest rozwiązaniem moich marzeń – rozwiązaniem niekrzywdzącym ani twórcy, ani słuchacza. Nadeszła era, w której w każdej chwili mam pełen dostęp do mojej muzyki i to za bardzo przyzwoite pieniądze. Nadeszła era Spotify!

Strona oferuje desktopową aplikację, w której za niewielką opłatą mam dostęp do całej muzyki świata (z kilkoma wyjątkami, ale jest ich raczej niewiele), a co najważniejsze – mogę słuchać jej także w trybie offline na komputerze i smartfonie. Minuta synchronizacji i mam wszystkie playlisty na dysku. Można oczywiście także słuchać zupełnie za darmo, jednak ciążą już na tej wersji pewne oczywiste ograniczenia (chociażby niezbyt przyjemny głos lektora zachwalającego nam wyższą wersję programu co jakieś 5 piosenek), które jednak pozwalają wystarczająco zakochać się w Spotify. Skorzystanie z testowej miesięcznej wersji Premium tylko utwierdza w przekonaniu, że jest to system co najmniej bardzo zbliżony do ideału.

spotifylisty

Cała zabawa ze Spotify polega na playlistach, które komponujemy z nieograniczonych bibliotek – pięknie otagowanych i przejrzystych. Gdy już masz na niej kilka piosenek, możesz włączyć radio danej playlisty albo wykonawcy. Kilka przymiarek w postaci przycisków z łapką w górę i łapką w dół i dostajesz na tacy idealnego streama złożonego z kawałków idealnie pasujących do klimatu Twojej listy odtwarzania.

Co więcej, możemy korzystać ze świetnych aplikacji, które jeszcze dokładniej pomagają nam w poznaniu nowej muzyki podobnej do naszych typów (tu świetnie sprawia się FILTR). ROLLING STONE RECOMMENDS oferuje ciekawe playlisty, dzięki którym możemy dowiedzieć poznać typy redaktorów RS, a co najciekawsze – listy odtwarzania w stylu Tom Petty’s Top Elvis, Bono’s Top David Bowie lub Steven Tyler’s Top Rolling Stones. Jest także aplikacja kojarząca nasze konto Spotify z Last.fm scrobblując nasze odtworzenia. Absolutnym hitem jest moim zdaniem Tunigo, proponujące playlisty odpowiednie do naszego samopoczucia, czynności jaką wykonujemy, a także gatunku na jaki obecnie mamy ochotę. Tak więc, mamy do wyboru takie listy jak Life Sucks, Wake up!, Airplane songs lub Your Favorite Coffeehouse (ostatnio lubię bardzo!). Naprawdę jest w czym wybierać, godnych polecenia aplikacji jest znacznie więcej, a fakt, że program wciąż się rozwija daje naprawdę znakomite perspektywy na przyszłość.

Już dziś Spotify jest naprawdę godny polecenia mimo, że w Polsce możemy się nim cieszyć dopiero od lutego. Wciąż nasi rodzimi wykonawcy mają trochę ubogie biblioteki, ale z pewnością będzie się to stopniowo poprawiać.

Specjalnie dla Was udostępniam też moją śniadaniową playlistę:

Wypróbowałeś już Spotify? Scrollnij w dół do komentarzy i podziel się wrażeniami!

Tagi: ,