W historii Damrathisation został zamknięty pewien etap – blog doczekał się własnej domeny i został całkowicie odświeżony. Jednak, jak to powiedział pewien papież: „W każdym razie, tutaj wszystko się zaczęło…”.  W moim wypadku wszystko zaczęło się na blogspocie – to tam zaczęło się Damrathisation i to tam pojawiały się pierwsze notki, które już teraz zaginęły w odmętach internetów. Były wśród nich te lepsze i te gorsze.

Znalazło się wśród nich kilka tekstów, które spotkały się z niesamowitym zainteresowaniem i bardzo przyjemnym odzewem, czasem zupełnie niespodziewanym.

Oto 5 najbardziej popularnych wśród was wpisów z poprzedniej epoki Damrathisation:

1. Don’t panic, I’m from Poland

queenPierwsze miejsce, całkiem dla mnie niespodziewanie zgarnął tekst, który został zainspirowany moim projektem zaliczeniowym z translatoryki. Wpis porusza temat polskich tłumaczeń i interpretacji angielskich tytułów filmowych, często kompletnie absurdalnych.

Nie dość, że polska wersja tytułu to jakaś totalna porażka, to po kropce mamy go w wersji angielskiej – czyżby jakiś nowy skretyniały standard? Kochankowie z księżyca przywodzą na myśl raczej kino sci-f klasy B albo film porno dla miłośników fantastyki (coś jak Avatar XXX – taaaaak właśnie).  Konia z rzędem temu, kto powie, co kieruje dystrybutorem, gdy puszcza na plakaty takiego koszmarka.

2. Babcia Zosia

babciaJeden z najważniejszych wpisów na blogu, a przy tym najbardziej osobisty i najtrudniejszy ze wszystkich. Tamtego roku WOŚP zbierał pieniądze na seniorów, więc doszedłem do wniosku, że może warto. Było warto – tekst stał się drugim najpopularniejszym wpisem na blogu.

Był koniec stycznia 1945 roku. Wojska radzieckie zajmowały tereny wokół Torunia przed atakiem na stacjonujące w nim oddziały niemieckie. W murowanym niewielkim domu na niskim kuchennym stole grzały się w cieple pieca ciężkie zimowe pierzyny. Dwunastoletnia Zosia spoglądała wraz ze starszym bratem przez okno. Przez oszronioną szybę można było zobaczyć ustawiających się w kolejkę żołnierzy w grubych zimowych mundurach.

3. Studniówka – you’re doing it wrong!

michael1Studniówkowy poradnik miał trafić do dużej ilości ludzi, by uczynić ich zabawę studniówkową i życie lepszymi. Okazał się trzecim najpopularniejszym wpisem na Blogu, co niezmiernie mnie ucieszyło. Mam nadzieję, że choć kilku czytelników i czytelniczek się nawróciło na jedyną słuszną stronę mocy.

Jeżeli robicie studniówkę na wesoło i łączycie ją chociażby z zabawą karnawałową to białe skarpety są świetnym uzupełnieniem stroju Króla Popu. W innych wypadkach założenie ich do garnituru jest pomysłem, delikatnie mówiąc, śmiesznym. Jedynymi dopuszczalnymi kolorami skarpet są, tak jak przy garniturach, czerń, granat i grafit, a ich długość powinna uniemożliwić odkrycie łydki podczas siadania (lubisz stopki? noś do dresów). Miłośnicy białych skarpet wciąż żyją, na mojej studniówce też było ich kilku … serio.

4. Płoną stosy dla Marty Wierzbickiej

martawiTekst zainspirowany przez hejt, który przykleił się do Marty Wierzbickiej po sesji do Playboya. Uplasował się na czwartym miejscu mimo, że był jednym z świeższych na blogu.

Kim jest znawca? Jest pasożytem żerującym na nieswoim życiorysie, jest wirusem atakującym opinie, twórczości, osiągnięcia, decyzje  – jak nie zwalczysz w zarodku, nie wyrwiesz z korzeniami – nie odpuści. Może być nim pan Franek spod budki z piwem wyśmiewający kolor twoich nowych spodni lub jego całkiem adekwatny odpowiednik, w postaci żerującego na tobie internetowego hejtera, który przykleił się jak pijawka do komentarzy. Oni zawsze wiedzą lepiej, zawsze mają dla ciebie stos rad, po których w końcu będziesz kimś, mają receptę na sukces i sto sposobów na szczęście. Sposobów na twoje szczęście – swoje już przegrali. Teraz chcą przegrać twoje.

5. A niechaj narodowie wżdy postronni znają…

elementarzKolejny bardzo świeży tekst, który stał się bardzo szybko piątym najpopularniejszym. Z jego tematyką nosiłem się już od dawna chcąc poruszyć kwestie językowych błędów Polaków. Jeden z tych, przy których bawiłem się doskonale.

Podstawowy problem z włanczaniem i wyłanczaniem jest taki, że na dobrą sprawę nie da się tego zjawiska opisać polskim alfabetem. Bo to całe an w ustach baranów od wyłanczania jest czymś pomiędzy ą i a rodem z francuskiego. Przy okazji jeszcze, rażąca jest niekonsekwencja Polaków w swojej głupocie, bo chociażby ”Nie włanczyłem dziś telewizji ani razu” już nie powiedzą. Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią!