Ponad miesiąc temu zapowiadałem powrót Pasikowskiego, w którym pokładałem spore nadzieje i muszę powiedzieć, że się nie zawiodłem. Co więcej, film nie tylko sprostał moim oczekiwaniom, ale je przerósł, i to nie na żarty. Pokłosie zachwyca swoją dojrzałością w temacie, który wciąż w polskim kinie był nie do ruszenia.

Pasikowski kolejny już raz w swojej karierze uderza we wrażliwe punkty polskiej dumy narodowej. Gdy w 1992 roku pojawiły się Psy, pijani esbecy śpiewający „Janek Wiśniewski padł” zrobili niemały szum wokół filmu. Pokłosie, dla odmiany, rozprawia się z polskim antysemityzmem i robi to w naprawdę wybornym stylu.

W kraju gdzie ten, któremu się udało jest nazywany Żydem, w kraju w którym o bycie Żydem jest posądzany co drugi polityk, dziennikarz, czy aktor (między innymi Maciej Stuhr to przecież syn żyda – Joska Feingolda [sic!]) Władysław Pasikowski kręci film odwołujący się do pogromu Żydów w Jedwabnem – wydarzenia w polskiej historii, o której Polak wolałby nie pamiętać. Reżyser jednak jak na złość przypomina, i przypomina tak, że zapomnieć już się nie da.

Pokłosie trafia w Polaka tak jak przed laty Psy, tak, że trudno się otrząsnąć. Trafia w najczulsze miejsca budząc ze snu zimowego pseudopatriotów i plebs, dla których wszelką przyczyną naszych narodowych porażek są Żydzi i masoneria, a którzy obecnie atakują stronę filmu na filmwebie i facebookowy profil Macieja Stuhra, którego dotychczas krytyka praktycznie w ogóle nie dotykała.

Film polecam wszystkim, bo jest to kino, które można określić jako „ważne”, bo jest to kino, które daje nadzieję, a co najważniejsze, jest to kino, które jest prawdziwe do bólu. Po Róży i Obławie także Pokłosie jest kolejnym filmem o polskiej historii, który otwiera zupełnie inny sposób postrzegania naszej przeszłości, bo nie jest to z pewnością kolejna historyjka „ku pokrzepieniu serc”.