Historii Paktofoniki nie znam, nie mam ich plakatu na ścianie i polski hip-hop to zdecydowanie nie moja muzyka. Mimo wszystko, na film poszedłem z nadzieją zobaczenia czegoś wyjątkowego. Jako, że samą twarz Magika znam tylko z klipu „Plus i minus”, a jego życiorys co najmniej wybiórczo, sądziłem, że poznam jego historię. Miałem nadzieję, że ujrzę kulisy jego załamania nerwowego i, koniec końcem, samobójstwa. Jednym słowem – chciałem dostać emocje. I co? I dupa…

Podstawowym problemem jest dziurawy scenariusz. Jako historia samej Paktofoniki, film się nie sprawdza. Magik gra pierwsze skrzypce, a Fokus i Rahim schodzą na drugi plan i wiem o nich niewiele. O tym drugim chyba tylko to, że pochodzi z Mikołowa, o czym film nam wielokrotnie przypomina. Ci dwaj bohaterowie stają się bezbarwni i spłaszczeni, a to Magik jest przedstawiony jako legenda. No właśnie…

Obawiałem się aktorstwa, które wypadło całkiem przyzwoicie. Marcin Kowalczyk zagrał naprawdę fajną rolę mimo, że byłem do niego nastawiony sceptycznie. Jedyne sceny, które zapadają w pamięć to te, w których w kadrze jest on zupełnie sam – „Plus i minus” na korytarzu w bloku Magika i jego solówka na pierwszym koncercie Paktofoniki. Kowalczyk wycisnął z tej roli ile się dało. Role Schuchardta (Fokus) i Ogrodnika (Rahim) są, co najwyżej, poprawne, ale jest to spowodowane napisaniem scenariusza ewidentnie pod Magika. Nie jest zaskoczeniem także fantastyczna rola Arkadiusza Jakubika w roli Gustawa.

No i te emocje… Nie wiem, co się działo z Magikiem, nie wiem dlaczego popełnił samobójstwo, nie wiem co czuje. Scenariusz, pod tym względem, rezygnując po części z niepotrzebnego patosu zupełnie wyjaławia film z tego, co dzieje się w głowie samego Magika. Nie jestem Magikiem, nie wiem, co czuje; nie wiem, jakie są jego problemy; nie wiem też, dlaczego w końcu popełnia samobójstwo. Wychodzę z kina i nie zostaje we mnie nic z Magika.

zdjęcie: materiały promocyjne
Tagi: , ,