Po „Fantastycznym Panu Lisie” bardzo polubiłem Wesa Andersona. W „Moonrise Kingdom” zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Na Fantastycznego naciągnęła mnie młodsza siostra, która w kwestii filmów animowanych jest znawczynią bardzo doświadczoną. Nie spodziewałem się, że filmy, bądź co bądź, familijne można jeszcze kręcić w tak oryginalny i niepowtarzalny sposób. Historia oparta na książce dla dzieci dała Andersonowi spore pole do popisu i podołał jej w stu procentach.

„Moonrise Kingdom” to właśnie film o marzeniach, tych najpiękniejszych, dziecięcych. Marzeniach, których nie mają dorośli. Wes Anderson podejmuje się bardzo ryzykownego wyzwania używając środków narracji z „Pana Lisa” postanawiając ich użyć filmie aktorskim. To, co w dużej mierze przechodzi w animacji, nie powinno działać równie dobrze w filmie fabularnym. A jednak…

 Obsada jest iście gwiazdorska. Bill Murray, Tilda Swinton, Bruce Willis i Edward Norton to aktorzy, którzy nie mogli zawieść. Pierwsze skrzypce grają jednak Jared Gilman i Kara Hayward przyćmiewając resztę ekipy, co zadaniem jest naprawdę niełatwym. Bo to przecież dzieci grają w „Moonrise Kingdom” pierwsze skrzypce, bo to przecież one, koniec końcem, wygrywają z dorosłością.

„Kochankowie z księżyca”, bo taki jest polski tytuł tego filmu, na moje oko nadający się bardziej na kino sci-f klasy B albo jakiś tani film porno, to z całą pewnością najlepszy film w dotychczasowej karierze Wesa Andersona. To, co zachwycało w opowieści o rodzince Pana Lisa, tutaj wprost zwala z nóg. Kolorystyka kadrów, mnogość rekwizytów i nowatorska narracja jest czystą przyjemnością dla oka.

Groteska, ironia i ta cudowna dziecięca „naiwność” – oto narzędzia, które pozwalają reżyserowi mówić o naszych marzeniach. Bo czym one są, jak nie naszym ocalałym pierwiastkiem dziecięcym, dzięki któremu wciąż w nie wierzymy?

A ty, czy wciąż masz w sobie coś z dziecka? Czy wciąż masz odwagę marzyć, tak jak marzyłeś kiedyś?

źródła zdjęć: waxwanedotcom.files.wordpress.com