Stephen King jakiś czas temu napisał bardzo fajną książkę nawiązującą do zamachu na JFK i usadowioną w czasach bardzo ciekawych dla Stanów Zjednoczonych, przełomie lat 50. i 60. Przeczytałem – było warto.

Po pierwsze King rysuje przed czytelnikiem szczegółowy świat bez zakazów palenia, benzyną w cenie wody, a „terroryzm” jest jednym z wielu haseł w słowniku wyrazów obcych. I widać, że się perfekcyjnie do tego przygotował.

Książkę, pomimo dość sporych gabarytów (ponad 800 stron piechotą nie chodzi), czyta się praktycznie jednym tchem. Jest lekkie sajens fikszyn, efekt motyla z nieodłącznymi podróżami w czasie, jest wątek miłosny, jest horror, thriller i … historia, u której progu staje główny bohater.

Ma on okazję udaremnić jedno z najważniejszych i najbardziej doniosłych wydarzeń ubiegłego wieku – zamach na Johna Kennedy’ego. Mamy tu szczegółowe perypetie rodzinne L.H. Oswalda (zabójcy Kennedy’ego), mamy kulisy działań FBI i wiele, wiele innych bardzo ciekawych wątków i smaczków, które pozwalają zapomnieć o niemałej wadze tego tomiszcza i zadowolą wymagających.

Jest to moja pierwsza pozycja Kinga, którego książki bardziej znam z ich ekranizacji, ale z pewnością sięgnę po kolejne, bo facet swoim dorobkiem i tą powieścią udowodnił, że nie wyszedł z formy i najwidoczniej w najbliższym czasie nie ma zamiaru z niej wychodzić. Polecam z całego serduszka.

zdjęcie: okładka książki