W 2008 roku, po 15 latach picia na umór, kolejnych detoksach i, jak mówi, wszystkich możliwych upokorzeniach, jakich może doświadczyć facet, Marek Dyjak postanowił popełnić samobójstwo. Wybrał drzewo, wziął ze sobą linę holowniczą i założył pętlę na szyję. Po czterdziestu minutach reanimacji lekarz stwierdził zgon. Jak sam mówi – zmartwychwstał. Obudził się ze śpiączki, wyszedł z grobu i postanowił nic w swoim życiu, oprócz picia, nie zmieniać – udało się.

Marek Dyjak śpiewa tak, że nie można być obojętnym ani na pełne metafor teksty jego piosenek, ani na to jak je z siebie wydobywa, a robi to w sposób autentyczny, bolesny i paraliżujący. Nie uświadczysz w jego kompozycjach wokalnych popisów, zbędnych ozdobników. Swojego głosu używa do wyrażania emocji, a do nich pasuje tylko ten siłowy, ten, który rozdziera gardło. Na jego koncertach słuchacze płaczą i zamierają w bezruchu. Marek Dyjak tworzy z nimi niesamowitą więź, bo śpiewa o rzeczach trudnych bez najmniejszego patosu.

Mówią o nim, że jest polskim Tomem Waitsem. „Waits to teatr, confetti, kreacja…” rozprawia się z niewygodnym porównaniem, które faktycznie do niego nijak nie pasuje. Piosenek Marka Dyjaka nie pośpiewasz pod prysznicem, nie ustawisz ich na dzwonek w komórce, nie zatańczysz do nich na imprezie. Jego muzyki słucha się w samotności, w ciszy, w momentach, w których coś siedzi tobie w głowie, coś nie pozwala zasnąć. W momentach, w których jakakolwiek inna muzyka byłaby nie do zniesienia.