Miało być fajnie, wyszło tragicznie. Miał być przełom, wyszła całkowita klapa. Bóg Ojciec czuwał nad Cenegą i LEM, że nie wydali Uprising 44. Gra jak dotąd (i raczej się to nie zmieni) dostępna jest tylko w dystrybucji cyfrowej w cenie £9.99, co i tak jest kwotą nieomal astronomiczną w porównaniu z jakością bękarta DMD Enterprise.

Uprising 44: The Silent Shadows (iście światowy tytuł, nie?) to gra o powstaniu warszawskim … podobno. Dlaczego? Ano dlatego, że fabuła nie ma najmniejszego związku z rzeczywistością, brak w niej choćby i najmniejszego wprowadzenia i z edukacyjnego punktu widzenia (zwłaszcza dla zagranicznych graczy) jest bezwartościowa. Otóż główny bohater to Kuba (w angielskiej wersji Jimmy), cichociemny przerzucony do Warszawy i w sumie to wszystko co o nim wiemy. Kubę poznaję rzekomo wraz z wybuchem powstania (taaak, pierwszy rozdział nazywa się „Godzina W”) w bombardowanym Prudentialu. Od samego początku wydaje mi się, że coś tu jest nie tak. Otóż nasz bohater chodzi jak kukiełka i strzela jak paralityk (wycelowanie w głowę szkopa to nielada wyzwanie) do tępych nazistów (ta polityczna poprawność, Kuba nie strzela do Niemców, w grze to zawsze albo hitlerowcy albo naziści; czy tak się mówiło w czasach powstania? ;/ ). Każdy mijany korytarz wygląda dziwnie znajomo, każdy pokój pogłębia déjà vu, które nie opuszcza mnie do ostatniej miernej cutscenki.

Żeby „urozmaicić” graczowi rozgrywkę Kubie towarzyszą kumple po fachu, dokładnie troje. Jest Janek, zauroczony angielskim trybem życia, który cały czas wali nibyśmiesznymi tekstami o papierosach, whisky i dupeczkach – miało być zabawnie, a wyszedł istny sucharowy nalot. Chwilę później do wesołej kompanii dołącza Anna, sanitariuszka i rodowita warszawianka. Jest też „Gołąb”, „zabawny” snajper zaznaczający nożem na ręce każdego odstrzelonego Niemca … to znaczy nazistę. Nasi kompani są o tyle przydatni, że w przeciwieństwie do naszego bohatera są nieśmiertelni i bez większych wyrzutów sumienia można ich wysyłać prosto pod lufy szwabskich karabinów. Dla odmiany odporność samych „hitlerowców” potrafi być bardzo zróżnicowana. Czasem zdawać by się mogło, że „elektryka prąd nie tyka” i strzały w głowę z broni palnej (zarówno z rodzimych kar98, jak i chociażby polskich visów) przyjmują bez najmniejszego grymasu; za to innym znów razem kładzie ich zabójczy strzał w mały palec od stopy (albo plecy; Niemcy często w ferworze walki walą w siebie nawzajem).

Sam Kuba wraz ze swoją pocieszną gromadką, posiadł sztukę krycia się za różnymi przeszkodami. Jankowi i Ani niezbyt się ona podoba i nie zawsze robią to dobrze, o ile robią w ogóle. W ich przypadku jest to średnio przydatne – niemieckie kule są dla nich niewielkim problemem i z gracją przyjmują na klatę całe magazynki. Dla odmiany, nasz bohater jest zwykłym śmiertelnikiem i są one dla niego często zabójcze, o czym niejednokrotnie przypomina wyłażąc zza zasłony bez żadnego powodu, co kończy się dla niego niechybnym zgonem.

Na siłę przedłużając rozgrywkę twórcy gry postanowili wprowadzić element strategiczny. Jest o tyle dobry, że śmiesznie łatwy i dość szybko można przez niego przebrnąć, ale poza tym został skopany po całości. Chyba w celu zwiększenia realizmu nasze pole walki widzimy jakby przez lornetkę, co jedynie ogranicza nam widok. Przesuwanie kamery w tym trybie idzie czasem bardzo topornie, a kierowane przez nas oddziały znów nas nie słuchają. Miało być urozmaicenie, wyszła kiepska dłużyzna.

Fakt, są też plusy, ale jest ich bardzo niewiele. Realizacja dźwięku jest dobra, muzyka i efekty dźwiękowe cieszą ucho … czasem. Wybuchy, odgłosy broni są dość dobrze odtworzone, jednak w dzisiejszych czasach nie robi to na graczu najmniejszego wrażenia, po prostu do tego przywykliśmy. Odwzorowanie stolicy mogło robić wrażenie jakieś 10 lat temu, mniej więcej za czasów pierwszej Mafii. Niektóre budynki wyglądają całkiem ładnie, niemniej jednak wnętrza są ciągiem beznadziejnie powtarzających się tekstur nie najlepszej jakości i razi to niesamowicie. Największym i w pełni zasłużonym  plusem jest fakt, że przejście gry zajmuje w porywach 3 godziny.

Cutscenki to kolejny temat, o którym można by się rozwodzić i jeszcze bardziej pogrążać Uprising. Nie dość, że przepełnione czerstwym humorem, sztucznym patriotyzmem i martyrologią, zrealizowane w sposób koszmarny na silniku gry to jeszcze jest ich naprawdę bardzo dużo, a nie wszystkie można pominąć … niestety. Różnego rodzaju efekty mające rzekomo podnosić napięcie w najlepszym wypadku rozśmieszają. Badziewne bullet-time, biegnący powstaniec w zwolnionym tempie i różne inne fatalnie zrealizowane ozdobniki rażą strasznie i jeszcze bardziej zniechęcają do gry.

Podsumowując, Uprising 44 jest grą, w którą wprost nie da się grać. Wszelkie związki kombatanckie, Związek Powstańców Warszawskich, czy chociażby żołnierzy Armii Krajowej powinien spotkać się w sądzie z DMD Enterprise. Gra miała na celu zainteresować młode pokolenie powstaniem warszawskim, miała zwrócić uwagę zachodu na historię Polaków w trakcie II wojny światowej, a okazuje się zupełnie wyjałowionym z jakiejkolwiek wartości badziewiem bez nawet minimalnej wartości historycznej. Co więcej, oferuje płaską i nudną fabułę, która nie jest w stanie zainteresować nawet najbardziej zdeterminowanego gracza. Nie tykać pod żadnym pozorem!